Troje astronautów wyrusza na skraj tajemniczej mgławicy, gdzie milkną nadajniki, a każdy krok w głębi kosmosu zaczyna podważać to, co uznają za realne.
Stacja badawcza „Helios” wisiała nieruchomo na granicy Mgławicy Szeptów, jakby sama przestrzeń bała się zrobić jeszcze jeden ruch. Za grubym iluminatorem pulsował chłodny błękit i fiolet, a światło odległych gwiazd rozrywało pył na miękkie, drgające smugi. Kapitan Lena Krawiec stała bez ruchu, patrząc w tę obcą poświatę z napięciem, którego nie dało się ukryć nawet pod chłodną dyscypliną jej twarzy.
Za jej plecami doktor Eliasz Heller sprawdzał ostatnie próbki osłon, a inżynierka Iga Sowicka zamykała kolejne procedury na holodysku. Helios miał wreszcie wejść tam, gdzie zniknęły sondy i urwały się wszystkie sygnały. Wnętrze mgławicy pozostawało plamą na mapach, martwym obszarem w każdej bazie danych, miejscem tak cichym, że nawet łączność nie wracała stamtąd w echem.
Lena odwróciła się od okna i wsunęła dłonie w rękawice skafandra. W śluzie panowała cisza zbyt ciasna, zbyt świadoma każdego oddechu.
– Status? – zapytała.
– Komunikacja działa. Na razie – odpowiedziała Iga, nie podnosząc wzroku znad panelu. Jej palce przesuwały się po kontrolkach szybciej, niż chciała to zdradzić. – Zakłócenia rosną przy samej granicy chmury.
Eliasz przytaknął, ale jego głos zabrzmiał ostrzej niż zwykle.
– Biosensory też łapią szum. Jakby coś przebijało się przez pasmo.
Lena zatrzymała wzrok na jego hełmie, potem na czerwonym, pulsującym wskaźniku przy śluzie. W tej misji nie było miejsca na wahanie, a jednak mgławica zdawała się właśnie od tego zaczynać.
– Wchodzimy tylko do pierwszej warstwy. Jeśli coś zacznie wariować, zawracamy natychmiast.
Zewnętrzny właz otworzył się z sykiem, który wydał się głośniejszy niż powinien. Trójka astronautów wypłynęła w pustkę, spięta linami i własnym oddechem. Po chwili stacja została za nimi jak odległy, zimny punkt, a przed nimi rozciągnęła się chmura pyłu tak gęsta, że światło rozszczepiało się w niej na ostre, niemożliwe barwy.
Im głębiej wchodzili, tym bardziej przestrzeń traciła zwykły porządek. Odległości stawały się niepewne, czernie między smugami mgławicy jakby drżały, a wskazania na wyświetlaczach migały i gasły bez powodu. Lena czuła, że coś obserwuje ich z samego środka tej fioletowej ciszy, choć w polu widzenia nie było nic poza pyłem i światłem.
Wtedy w jej słuchawkach odezwał się szept.
Nie przez łączność. Nie z kanału awaryjnego. Jakby ktoś przemówił tuż przy jej uchu, a jednocześnie wewnątrz czaszki.
– Słyszycie to? – powiedziała Iga, zatrzymując się gwałtownie.
Eliasz uniósł głowę, a jego oddech przyspieszył. Po sekundzie jego twarz straciła kolor.
– To nie jest zakłócenie – szepnął.
Pomiędzy nimi, w gęstniejącej poświacie, zaczęło zarysowywać się coś ciemniejszego od reszty mgławicy. Kształt, którego nie dało się jeszcze nazwać. Powoli, bardzo powoli, rozsuwał światło jak zasłonę.