Mglista Granica

Troje przyjaciół odkrywa ukryte przejście w opuszczonym dworze. Za drzwiami czeka świat, w którym granica między wyobraźnią a rzeczywistością zaczyna pękać.

Deszcz stukał o parapety tak uporczywie, jakby chciał dostać się do środka. Nad miasteczkiem wisiała gęsta mgła, która zasłaniała dachy, latarnie i skraj lasu, a stary Dwór Krawca wyglądał w niej jak coś, co nie powinno istnieć. Lena stanęła na rowerze i spojrzała na dwóch chłopaków z tym wyrazem twarzy, który zwykle oznaczał kłopoty.

— Jeśli mamy kiedyś sprawdzić, co tam jest, to właśnie dziś — powiedziała. — Nikt przy zdrowych zmysłach nie włóczy się po lesie w taką pogodę.

Oskar prychnął, poprawił kaptur i zerknął na ciemne okna domu. Szymon nic nie powiedział. Jak zwykle szedł pierwszy, kiedy reszta jeszcze się wahała. Przesunęli się przez zarośniętą furtkę i po chwili stali już pod gankiem, który jęknął cicho pod ich ciężarem.

W środku pachniało kurzem, wilgocią i czymś jeszcze, czego Lena nie umiała nazwać. Każdy krok po skrzypiących schodach brzmiał za głośno. Na piętrze trafili do pokoju, w którym stały przewrócone regały, sterty pożółkłych książek i kilka portretów o bladych, nieruchomych twarzach. Lena przeszła wzrokiem po zakurzonej podłodze, po czym nagle przystanęła.

— Chwileczkę... — szepnęła.

Pod ciężkim dywanem coś zarysowywało się w deskach. Nie była to plama ani pęknięcie. Ostrożnie odsunęła materiał i wszyscy trzej zobaczyli żelazne drzwi wciśnięte w podłogę, tak idealnie ukryte, jakby ktoś próbował wymazać je z domu i z pamięci. Klamka była lodowata, pokryta rdzą i pajęczyną.

Szymon przykucnął obok niej, zawahał się tylko przez sekundę, po czym nacisnął.

Drzwi ustąpiły z głuchym westchnieniem. Z ciemności uderzył ich chłód tak nagły, że Lena cofnęła się o krok. Z głębi klatki schodowej prowadzącej w dół sączyło się niebieskie światło, miękkie i pulsujące, jakby coś pod ziemią oddychało.

— Schodzimy? — zapytała Lena, ale jej głos zabrzmiał ciszej, niż chciała.

Nie odpowiedzieli od razu. Potem Szymon wziął latarkę, Oskar przełknął ślinę i pierwszy postawił stopę na metalowym stopniu. Zeszli ostrożnie w dół, aż pod butami poczuli miękkie, wilgotne podłoże porośnięte mchem. Tunel otwierał się szerzej z każdym krokiem. Ze ścian wyrastały przezroczyste kryształy, a między nimi unosiły się drobne świetliste punkty, jakby ktoś rozsypał w powietrzu garść gwiazd.

Lena odwróciła się, żeby powiedzieć coś do chłopaków, ale wtedy usłyszeli kroki.

Nie echo. Nie szelest. Kroki kogoś, kto naprawdę zbliża się od końca tunelu.

Z mroku wyłoniła się postać wysoka i nieruchoma, z twarzą skrytą w cieniu. Kiedy podniosła głowę, Lena miała wrażenie, że patrzy na nich ktoś, kto wygląda dokładnie tak, jak człowiek widziany we śnie tuż przed przebudzeniem.

— Wreszcie — odezwała się postać. — Myślałem, że nie traficie.

Niebieskie światło zadrżało, a potem zgasło.