Mglista Przystań

Podczas nocnego rejsu po Jeziorze Czarnym troje przyjaciół trafia na opuszczoną przystań, której nie ma na żadnej mapie. Z mgły wyłania się coś, czego nie powinni byli zobaczyć.

Noc przygniatała jezioro ciężką ciszą, a czerwcowa mgła leżała na wodzie jak rozlane mleko. Katarzyna, Michał i Lena płynęli w starej, wędkarskiej łodzi, która skrzypiała przy każdym ruchu wioseł. Miał to być zwykły biwak, byle pretekst do świętowania końca sesji, ale Jezioro Czarne od dawna nie należało do miejsc zwykłych.

– Widzicie to? – Lena odezwała się szeptem i uniosła dłoń w stronę linii horyzontu.

W pierwszej chwili wyglądało to jak ciemna plama, może wyspa, choć wszyscy wiedzieli, że na tym jeziorze żadnej wyspy nie było. Michał przestał wiosłować. Łódź sunęła jeszcze chwilę własnym rozpędem, a potem stanęła niemal w miejscu, kołysząc się lekko na czarnej tafli. Z mgły wyłaniał się zarys czegoś prostokątnego, zbyt równego, by mogło być tylko przypadkowym cieniem.

Kiedy mgła na moment pękła, zobaczyli przystań. Starą, porzuconą, jakby wyrwaną z innej epoki. Pomost czerniał od wilgoci, deski porastał śliski mech, a pochyłe wierzby zwieszały gałęzie tak nisko, że niemal muskały wodę. Nie było tu świateł, domów ani ścieżki prowadzącej na brzeg. Tylko ten pomost, samotny i niemożliwy.

– Nikt nigdy nie wspominał o czymś takim – powiedziała Katarzyna, a w jej głosie pojawiło się napięcie, którego nie próbowała nawet ukryć.

Michał nie odpowiedział. Już manewrował łodzią w stronę pomostu, jakby coś przyciągało go silniej niż rozsądek. Gdy przycumowali, drewno pod ich stopami jęknęło głucho, jakby obudziło się po długim śnie. Na brzegu leżały zardzewiałe kółka do cumowania, przewrócona ławka i porzucona skrzynka na sprzęt, dawno rozszczelniona przez deszcz i czas.

Przy jednej z altanek uchylone drzwi przepuszczały blade światło. Nie było w nim nic ciepłego ani ludzkiego. Lena odruchowo zacisnęła palce na telefonie, choć dobrze wiedziała, że tutaj nie złapie zasięgu.

– Ktoś tu jest – szepnęła.

Ruszyli ostrożnie w stronę altany. Każdy krok wydawał się głośniejszy od poprzedniego. W ciszy słychać było tylko ich oddechy i odległe pluskanie wody o pale pomostu. Gdy Michał zbliżył się do drzwi, coś stuknęło od środka. Raz. Potem drugi.

Zatrzymał rękę w pół ruchu. Z wnętrza altany dobiegł niski, chrapliwy szept:

– Czekałem na was...

W tym samym momencie lodowaty podmuch przeciął pomost, a drzwi uchyliły się szerzej.