Na Europie, pod lodową skorupą Jowisza, Lena, Max i Miriam odbierają sygnał, który nie powinien istnieć. Im głębiej go śledzą, tym bliżej czegoś, co zna ich nazwy.
Na Europie noc nie była ciemna, tylko mleczna i nieruchoma, rozciągnięta nad lodową pustynią jak matowa szyba. Słońce pojawiało się tu rzadko, a kiedy już przebijało się przez chmury i mgłę, odbijało się od śnieżnych grzbietów tak ostro, że aż bolały oczy. Pośrodku tej bieli stacja Artemis świeciła chłodnym, niebieskawym światłem, mała i krucha wobec bezkresu zmarzniętej planety.
W laboratorium Lena stała pochylona nad stołem projekcyjnym, z dłonią opartą o krawędź pulpitu, jakby mogła w ten sposób utrzymać w ryzach narastające napięcie. Obok niej Max przewijał kolejne pasma zakłóceń, z zaciśniętą szczęką i czerwonymi od bezsenności oczami. Miriam, nowa biolog na stacji, milczała dłużej niż zwykle; wpatrywała się w pulsujące linie danych tak intensywnie, jakby za chwilę miały do niej przemówić.
Sygnał wracał od kilku dni. Nie był stabilny, nie dawał się przypisać żadnemu znanemu źródłu i nie brzmiał jak awaria sprzętu. Krótkie serie impulsów pojawiały się w ciszy, urywały, znikały, po czym wracały z nowym układem, coraz bardziej uporządkowanym. Max porównywał je z bazą zakłóceń, testował filtry, zmieniał częstotliwości, ale za każdym razem trafiał na to samo uporczywe pytanie: skąd to przychodzi?
Lena nie odpowiedziała od razu. Na monitorze kolejne impulsy układały się już nie w przypadkowy ciąg, ale w regularny wzór, zbyt czysty, by uznać go za zbieg okoliczności. Gdy przesunęła dany strumień na hologram, linie połączyły się w coś, co przypominało plan. Nie stacji. Nie powierzchni. Czegoś ukrytego głębiej.
Na środku projekcji pojawił się punkt. Czerwony, pulsujący, zawieszony pod warstwą lodu na głębokości, którą ich czujniki uznawały za martwą. Tam nie powinno być nic: żadnego ruchu, żadnego ciepła, żadnego źródła emisji. A jednak sygnał prowadził właśnie tam, pod skorupę Europy, w ciemność, której nikt z załogi nie widział na własne oczy.
Lena wyprostowała się powoli.
Max już sięgał po interfejs sterujący, a Miriam odsunęła krzesło, jakby samo powietrze w pomieszczeniu nagle zgęstniało. W stacji rozległ się krótki alarm techniczny, zaraz uciszony przez komputer. Światła zamrugały raz, potem drugi. Hologram zadrżał, ale sygnał nie zniknął. Przeciwnie - wypełnił głośniki szumem tak wyraźnym, że wszyscy troje odwrócili się jednocześnie.
Przez trzask zakłóceń przebiły się słowa.
Nikt się nie poruszył. Lena poczuła, jak skóra na karku napina jej się gwałtownie, a Max odruchowo zerknął w stronę śluzy, jakby spodziewał się kogoś za drzwiami. Miriam stała nieruchomo z dłonią zawieszoną nad panelem, blada jak lód za oknem.
Za szybą laboratorium, w ciemnej masie lodu, mignęło coś jeszcze. Jedno krótkie, blade światło, jakby pod powierzchnią przesunął się cień istoty albo całego ruchu, zbyt szybkiego, by mogło należeć do maszyny.
Potem wszystko zgasło.