Mglista tajemnica pod lasem

Na skraju starego lasu trójka przyjaciół odkrywa przejście ukryte pod kamieniem. To, co miało być grą, szybko zamienia się w noc pełną znaków, szeptów i czegoś, co rusza się w ciemności.

Szymon siedział na spróchniałym pniu i patrzył w zarośnięty rów ciągnący się przy granicy starego lasu. Obok niego Karolina ściskała latarkę tak mocno, jakby od tego zależało, czy noc pozostanie tylko nocą. Kilka kroków dalej Alan krążył niespokojnie przy dogasającym ognisku, pierwszy do żartu, pierwszy do ryzyka, a jednak tej nocy milczał częściej niż zwykle. Mgła gęstniała z każdą minutą, spływała między pnie i tłumiła wszystko, co jeszcze przed chwilą było zwyczajne.

Zaczęło się niewinnie, od gry w poszukiwanie skarbów. Między korzeniami natrafili na stary kamień porośnięty mchem, tak zapadnięty w ziemię, jakby leżał tam od zawsze. Na jego powierzchni widniał napis, ledwie czytelny w drżącym świetle latarki: „Ci, którzy pragną odkryć, muszą wejść bez strachu”. Szymon przeczytał go na głos, a potem wszyscy troje spojrzeli na siebie z tym samym, niebezpiecznie znajomym błyskiem w oczach. Kiedy Karolina odsunęła mech, ziemia pod kamieniem cicho westchnęła i rozsunęła się na boki.

Pod korzeniami dębów otworzyła się wąska szczelina, z której powiał zimny, wilgotny oddech. Prowadziły w dół kamienne schody, zbyt równe, by mogły być dziełem przypadku. Schodzili ostrożnie, jeden za drugim, aż las został nad nimi tylko ciemnym sklepieniem. Ściany przejścia były mokre, pachniały ziemią, starymi liśćmi i czymś jeszcze, czego Szymon nie umiał nazwać. Każdy krok odbijał się głuchym echem, jakby ktoś powtarzał ich ruchy głębiej pod ziemią.

Karolina nagle przystanęła i uniosła dłoń. — Słyszycie to? — wyszeptała.

Z przodu dobiegł ich niski, jednostajny odgłos, jakby coś ciężkiego przesuwało się po kamieniu. Alan podniósł latarkę. Snop światła przeciął mrok i zatrzymał się na zamglonej sylwetce stojącej nieruchomo tuż przed nimi. Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, ziemia drgnęła im pod stopami, a z głębi korytarza popłynął gardłowy szept, tak bliski, że Szymon poczuł go niemal na skórze.

Wtedy latarka Karoliny zamigotała i zgasła na ułamek sekundy. Na ścianie po lewej rozbłysły znaki, których wcześniej tam nie było. Korytarz zdawał się wydłużać, ciemność gęstniała, a z tyłu dobiegł ich ten sam ciężki odgłos, tylko bliżej, dużo bliżej. — Co teraz? — szepnął Szymon, kiedy coś poruszyło się w mroku za ich plecami.