Czworo przyjaciół wchodzi do starego lasu, gdzie mgła, sny i mapa wyryta w korze prowadzą ich ku ukrytemu sercu labiryntu. Ale w Eldranie każde wejście może być pułapką.
Noc spadła na ziemię bezszelestnie, jakby ktoś zarzucił na świat ciężki, mokry całun. Na granicy Lasu Eldranu stała Arya i patrzyła w mleczną mgłę, która pożerała pnie drzew, ścieżkę i twarze jej przyjaciół. Dorian przesuwał się tuż za nią niemal bezgłośnie, czujny jak cień. Ros ściskał pasek plecaka z taką siłą, że aż pobielały mu knykcie. W środku brzęczały szklane butelki z eliksirami. Malina, z czerwoną wstążką w ciemnych włosach, wyglądała na najbardziej spokojną z całej czwórki, ale Arya znała ten rodzaj spokoju: był tylko maską dla napięcia.
O Eldranie w wiosce mówiono szeptem. Starzy ludzie ostrzegali, żeby nie zbliżać się do lasu po zmroku, bo mgła potrafi w nim zwodzić jak żywy byt, a ścieżki zmieniają się pod stopami. Arya słuchała tych opowieści od dziecka, a jednak to nie strach przyciągał ją do drzew. Od wielu nocy śniła o błękitnych światełkach tańczących między gałęziami i o głosie, który wołał ją z głębi lasu po imieniu.
Tego wieczoru nikt już nie próbował jej zatrzymać. Spotkali się pod starą wierzbą, gdy ostatnie światło gasło za wzgórzami, i bez wielkich słów podjęli decyzję, której wszyscy trochę się bali. Arya uniosła latarnię, a jej złoty blask natychmiast zgasł przytłumiony przez mgłę. Zrobiła pierwszy krok między drzewa. Za nią ruszył Dorian, potem Ros, a na końcu Malina, zamykając pochód tak cicho, jakby bali się obudzić sam las.
Im głębiej wchodzili, tym mniej Eldran przypominał zwykły las. Pnie rosły zbyt blisko siebie, korzenie splatały się w wzory podobne do znaków, jakich nikt z nich nie widział na mapach ani w księgach. Co kilka kroków Arya miała wrażenie, że coś przemyka między drzewami: cień, błysk, ruch zbyt szybki, by go uchwycić. Nie było słychać ptaków. Nawet ich oddechy wydawały się tutaj obce.
Ros nagle przystanął i przykucnął przy jednym z pni. - Tu jest coś wyryte - szepnął.
Arya podniosła latarnię. Na korze, ukryta wśród naturalnych słojów, widniała mapa. Nie była długa, ale prowadziła wyraźnie w głąb lasu, spiralą ku miejscu oznaczonemu jednym słowem: Źródło. Dorian odsunął się o krok.
Malina tylko przejechała palcami po czerwonej wstążce i spojrzała przed siebie z dziwnym błyskiem w oczach. Arya nie odpowiedziała. Wpatrywała się w mapę i czuła, że coś w ciemności poruszyło się razem z nimi, jakby las właśnie zauważył, że ktoś odczytał jego sekret.
Dopiero wtedy dostrzegli błękitne światełka. Unosiły się nad ściółką, wirowały między gałęziami, mrugały w gęstej mgle dokładnie tak, jak w jej snach. Powietrze zgęstniało. Ziemia pod ich stopami drgnęła, najpierw lekko, potem mocniej, jakby pod lasem budziło się coś ogromnego.
Przed nimi, pod rozłożystym dębem, mgła rozstąpiła się nagle i odsłoniła łuk spleciony z żywych gałęzi. Wejście do labiryntu. Z wnętrza dochodził cichy, melodyjny śpiew, tak piękny, że aż niepokojący. Arya poczuła, jak serce uderza jej boleśnie o żebra. Po drugiej stronie łuku migotały niewyraźne kształty, a z głębi lasu dobiegł ciężki, narastający szmer.
Zrobili krok naprzód. W tej samej chwili śpiew urwał się jak przecięta nić, mgła zgęstniała wokół nich do tego stopnia, że zniknęły drzewa, księżyc i ścieżka za plecami. Arya odwróciła się odruchowo, ale było już za późno.
Tuż przy jej uchu rozległ się szept, zimny i wyraźny: - Nie wszyscy, którzy tu wchodzą, wychodzą tacy sami...