W Mglistym Porcie Eliana, Ivo i Lena natrafiają na ślad zniknięcia starego zegarmistrza i schodzą tam, gdzie tykają zegary, których nikt nie powinien widzieć.
Mglisty Port nie udawał zwyczajnego miasta. O świcie miedź dachów łapała blade światło, a mgła wciskała się między kamienne uliczki, zasłaniając je jak ciężką zasłoną. Nad nabrzeżem unosił się zapach soli, smoły i czegoś jeszcze, ledwie uchwytnego, jakby magia przesiąkała tu nawet deski pomostów.
Przy uliczce Zegarmistrzów mieszkała Eliana, córka najsłynniejszego twórcy zegarów w porcie. Miała wzrok, który nie dawał się zwieść żadnej iluzji, i dwójkę przyjaciół, bez których nie ruszała się nigdzie dalej niż do piekarza na rogu. Ivo, wieczny marzyciel z domu nad wodą, widział w każdym zaułku historię. Lena zaś poruszała się tak cicho, że nieraz wydawało się, iż cień robi jej miejsce.
Tego wieczoru mgła była gęstsza niż zwykle. Z tawern przy porcie płynął śmiech marynarzy, metaliczny szczęk kufli i poszarpane melodie lutni, ale przy pracowni starego Zegarmistrza Roziéra panowała niepokojąca cisza. Eliana zobaczyła go przez okno, gdy zamykał sklep wcześniej, niż kiedykolwiek wcześniej. Klucze drżały mu w dłoni. Nie patrzył przed siebie, tylko za siebie, jak człowiek, który wie, że ktoś go śledzi.
Po chwili zniknął.
Nie wyszedł frontowymi drzwiami. Nie skręcił w boczną uliczkę. Po prostu rozpłynął się za ścianą, która na mgnienie oka ustąpiła przed jego dotykiem. Eliana, Ivo i Lena wymienili jedno, krótkie spojrzenie i bez słowa ruszyli w jego stronę.
Wnętrze sklepu pachniało olejem, smarem i starym metalem. Na półkach stały zegary wszystkich rozmiarów: kieszonkowe, kominkowe, wieżowe, dziwaczne konstrukcje z mosiądzu i czarnego drewna. Tykały w nierównym rytmie, jakby każdy prowadził własną walkę z czasem. Kiedy Eliana przesunęła palcami po blacie, wskazówki najbliższego zegara drgnęły i na chwilę cofnęły się o cały kwadrans.
Za regałem z kieszonkowymi czasomierzami odkryli ukryte drzwi. Były wąskie, niemal niewidoczne, lecz za nimi prowadziły w dół kamienne schody skąpane w bladoniebieskim świetle. Z głębi dochodził głos. Niski, spokojny, obcy. Szept, który nie brzmiał jak rozmowa, tylko jak obietnica wypowiedziana zbyt blisko ucha.
— Słyszysz to? — szepnęła Lena.
Ivo zacisnął dłoń na poręczy, jakby chciał się upewnić, że naprawdę istnieje.
Eliana wzięła oddech i postawiła stopę na pierwszym stopniu. W tej samej chwili coś brzęknęło głęboko pod nimi, ostro i metalicznie, a wszystkie zegary w sklepie uderzyły jednocześnie.
Potem zapadła cisza tak nagła, że aż bolała.
Na końcu schodów, w niebieskim półmroku, czekało coś, czego żadne z nich nie powinno było zobaczyć.