Mglisty Tron Vaelorn

W ruinach zamku Vaelorn Alan i Mira trafiają na ślady dawnej magii, która nie umarła wraz z murami. Noc szybko pokazuje, że ktoś albo coś nadal czuwa w tych korytarzach.

Mgła spłynęła na wzgórze jak mokry całun i przykleiła się do ruin Vaelorn, wygładzając ich ostre krawędzie w srebrzysty cień. Zamek dawno stracił swoje wieże, ale nie ciężar obecności. Alan czuł go od chwili, gdy przekroczyli z Mirą porośnięty dzikim bluszczem łuk bramy.

Rozbili obóz w miejscu, gdzie niegdyś musiała stać główna sala. Pod popękanymi freskami, na których blade twarze możnych ledwie przebijały przez warstwy sadzy i wilgoci, ogień palił się niespokojnie, jakby sam nie ufał temu miejscu. Alan grzał dłonie nad płomieniem i patrzył w stronę korytarzy, których wejścia niknęły w ciemności. Mira siedziała naprzeciw, z kolanami podciągniętymi pod płaszcz, i obracała w palcach odłamek szkła znaleziony przy murze.

Mira uniosła wzrok. Była ostrożniejsza od niego, ale nie mniej ciekawa. To właśnie ona pierwsza wspomniała o Echo Komnat, miejscu, w którym dźwięk miał wracać nie tylko z ruin, lecz także z przeszłości. O królowej zamku, która podobno rozumiała mowę smoków. O salach zamkniętych tak dawno, że pamięć o nich przylgnęła już bardziej do szeptów niż do kronik.

Kiedy ogień przygasł, w ruinach odezwał się inny oddech. Nie wiatr. Coś przesunęło się wysoko nad nimi, po sklepieniu, i na moment cisza stała się zbyt gęsta, by ją znieść. Alan wstał pierwszy.

Szli ostrożnie po marmurowej posadzce, śliskiej od wilgoci i czasu. Każdy krok niósł się echem dalej, niż powinien, jakby ruiny odpowiadały im własnym głosem. W powietrzu unosił się słodkawy zapach rozkładu i czegoś jeszcze, starego jak zaklęcie wypowiedziane przed wiekami. Mira zatrzymała się przy pękniętej ścianie, gdzie wśród pleśni i pyłu połyskiwały resztki mozaiki.

Wtedy coś błysnęło w ciemności.

Podniosła kawałek roztrzaskanego lustra. Na ułamek chwili nie zobaczyła w nim siebie ani Alana, lecz wysoką postać stojącą za ich plecami. Rogi wyłaniały się z mroku jak czarne gałęzie, a oczy jarzyły się fioletem, nienaturalnie spokojnym i zbyt świadomym.

Mira zesztywniała.

Nie dokończyła. Z bocznego korytarza dobiegł szelest, najpierw pojedynczy, potem narastający, jakby setki skrzydeł poruszyły się jednocześnie w głębi murów. Alan odwrócił się gwałtownie i zobaczył, jak na końcu przejścia jedno po drugim zapalają się czerwone punkty. Nie były to oczy zwierząt. Nie tak świeciły oczy żywych istot.

Ruiny odpowiedziały niskim drżeniem. Pod ich stopami rozjarzyły się runy, których przed chwilą nie było. Błękitne linie przebiegły przez kamień jak żyły pod cienką skórą świata, a lodowaty podmuch przetoczył się przez salę, gasząc resztki ognia.

Alan i Mira zamarli w pół kroku.

Przed nimi coś właśnie się obudziło.