Mgły Midgardu: Kruk Ingvara

Ingvar i Ylva ruszają ku wyspie, której nikt nie zdobył. Na fiordzie gęstnieje nienaturalna mgła, a z jej wnętrza dobiega głos, którego nie powinno tam być.

Cień palisady Skjoll wydłużał się na wilgotnej ziemi, kiedy słońce odpływało za czarny pas lasu. Ingvar, zwany Kruczym Okiem, stał przy relingu przystani i patrzył na fiord, gdzie łodzie kołysały się ciężko na nieruchomej wodzie. Miał twarz człowieka, który za wcześnie nauczył się milczeć, i ręce wojownika, któremu ufał nawet Egill, wódz osady.

Na placu zebrał się prawie cały Skjoll. Plotki krążyły szybciej niż wiatr między domami, ale dopiero głos Ylvy przebił się przez szmer rozmów. Tarczowniczka stała pośrodku kręgu jak ktoś, kto nie zamierza ustępować przed nikim. Płomienne włosy miała związane ciasno, topór oparty o ramię, a w oczach ten rodzaj gniewu, który nie prosi o pozwolenie.

Egill nie śmiał się wcale. Rozwinął starą mapę na drewnianym stole i przycisnął jej brzegi dłonią, jakby papier mógł się zerwać od samego patrzenia. Linia prowadząca przez wodę była krzywa, poszarpana, niemal zatarta przez czas. - To droga przez mgły - powiedział nisko. - Kto nią popłynie, wróci albo z odpowiedziami, albo wcale. Ingvarze. Ylvo. Weźmiecie jeszcze czterech ludzi, którym mogę zaufać.

Nazajutrz o świcie smukła łódź przecięła czarne lustro fiordu. Wiosła wbijały się w wodę równo i głucho, ale im dalej odpływali od brzegu, tym mniej zwyczajny stawał się świat. Nad taflą zaczęła pełznąć mgła, gęsta i ciężka jak mokra wełna. Z oddali dochodziło krakanie mew, lecz pod tym, głębiej, brzmiało coś jeszcze - niski, rytmiczny pomruk, jakby ktoś wybijał bęben pod powierzchnią morza.

Wieczorem nie widzieli już własnych dłoni, choć siedzieli niemal ramię w ramię. Ingvar ścisnął rękojeść miecza. Ylva uniosła głowę, bo coś przemknęło nad nimi w białej zasłonie. Czarny kruk zakreślił szeroki krąg i zniknął, zanim zdążyli go nazwać. A potem łódź szarpnęło tak mocno, że drewno jęknęło pod ich ciężarem.

Przy burcie rozbłysło blade światło, zimne i obce, jakby ktoś otworzył w mgłę szczelinę prowadzącą wprost do nocnego nieba. Z ciemności dobiegł śmiech, cichy, pewny siebie, nieludzko bliski. Ingvar odwrócił głowę w stronę dźwięku i zobaczył, że mgła ma teraz kształt.