Miasto, które nie chciało zasnąć

W Iskrach zwykła noc potrafiła zmienić się w coś niepokojącego. Lena, Bartek i Karol trafiają na miejsce, które budzi w nich zdolności, o jakich nie mieli pojęcia.

Miasto Iskier nigdy nie wyglądało tak samo dwa razy. Neonowe reklamy odbijały się w mokrym bruku, zamglone uliczki wciągały w głąb między kamienice, a podziemne przejścia pod dworcem pachniały deszczem, kurzem i spalinami. W dzień wszyscy śpieszyli się tu do swoich spraw, w nocy miasto rozluźniało uścisk i pozwalało sobie na odrobinę szaleństwa. Kto miał oczy otwarte, ten czasem widział więcej, niż powinien.

Lena, Bartek i Karol znali to miejsce lepiej niż własne kieszenie. Trzymali się razem od dzieciństwa, choć od dawna nie byli już dziećmi. Mieli po dziewiętnaście lat, własne plany, własne pęknięcia i ten sam odruch, który zawsze prowadził ich z powrotem do tej samej kawiarni. Dawniej snuli tam wielkie wyprawy i jeszcze większe głupoty. Teraz spotykali się rzadziej, ale kiedy już to robili, wszystko wracało: śmiech, złośliwości, niedokończone rozmowy i poczucie, że tylko przy sobie mogą mówić bez filtra.

Tamtego wieczoru powietrze było ciężkie, jakby burza zatrzymała się gdzieś nad dachami i tylko czekała na znak. Lena schodziła do przejścia pod dworcem, kiedy zatrzymało ją coś na ścianie. Graffiti, które mijała codziennie, wyglądało inaczej. Zarys postaci z rozpostartymi skrzydłami pulsował bladym, niebieskim światłem. Nie świecił jak neon. Raczej oddychał.

Lena wyciągnęła rękę. Gdy dotknęła chłodnego muru, przez skórę przemknęło jej ostre mrowienie, jakby pod palcami pękło tysiąc drobnych iskier. Odruchowo cofnęła dłoń, a wtedy usłyszała kroki. Po schodach zeszli Bartek i Karol, spóźnieni, zirytowani i jeszcze nieświadomi tego, że za chwilę przestaną być zwykłym towarzystwem z kawiarni.

– Widzicie to? – spytała szeptem.

Karol uniósł telefon, ale ekran tylko zamigotał i rozlał obraz w szarą plamę. Bartek, bardziej z ciekawości niż odwagi, przeciągnął palcem po świecącym konturze skrzydła. Zrobiło się jasno, powietrze zawibrowało, a jego dłoń na ułamek sekundy zniknęła. Nie jak w sztuczce. Jakby przesunął ją przez samą materię świata.

– Co do cholery…? – wyrwało mu się, gdy cofnął rękę gwałtownie, blady i zadyszany.

Lena spojrzała na własne palce. Drżały, ale pod skórą tliło się ciepło, coraz wyraźniejsze, jakby coś obudziło się głęboko w środku. Karol, który zwykle pierwszy wyśmiewał podobne rzeczy, dotknął innego fragmentu muralu i natychmiast zesztywniał. Na moment jego twarz stężała, a potem odwrócił głowę w stronę peronu nad ich głowami.

– Słyszę… – powiedział cicho. – Ktoś tam idzie. I to nie jedna osoba.

Zapadła cisza tak gęsta, że aż bolała w uszach. Z ciemności na końcu przejścia dobiegł stukot ciężkich butów. Po chwili zza słupa światła wyszedł mężczyzna w długim płaszczu. Nie wyglądał na zaskoczonego. Jak ktoś, kto od dawna wie, gdzie ich znaleźć. Zatrzymał się kilka kroków od nich, uniósł dłoń i między jego palcami przeskoczyła niebieska iskra, identyczna jak ta na ścianie.

– Szukałem was – powiedział.

Lena poczuła, że serce uderza jej mocniej. Karol odruchowo cofnął się o pół kroku, a Bartek patrzył na obcego tak, jakby próbował zdecydować, czy uciekać, czy rzucić się do przodu. Mężczyzna spojrzał prosto na nich, jakby znał ich od lat.

I wtedy światło w muralu rozbłysło nagle tak mocno, że całe przejście zalał błękit.