Miasto, którego nie ma na mapie

Troje licealistów trafia do miasta, którego nie znajdzie się w żadnym atlasie, a rzeczywistość zaczyna pękać tuż przed nimi.

Kacper nie znosił spontanicznych wypraw, ale kiedy Lena rozłożyła na ławce mapę usianą dziwnymi znakami, a Dawid tylko uniósł brwi i powiedział: „No dalej”, trudno było się wycofać. Mieli po siedemnaście lat, za dużo energii na zwykłą sobotę i za mało rozsądku, by zrezygnować z pomysłu, który od początku pachniał kłopotami. Rowery, plecaki, jeden dzień poza rutyną. Nic wielkiego.

Od rana powietrze było ciężkie i lepkawe, jakby las oddychał wolniej niż reszta świata. Lena co chwila zerkała na drzewa z tym swoim podekscytowaniem, które zawsze przechodziło w coś trochę zbyt ostrego, trochę zbyt uważnego. Dawid udawał luz, ale palce zaciskał na kierownicy tak mocno, że aż bielały mu knykcie. Kacper starał się myśleć o tej wycieczce jak o zwykłej przygodzie. Nie pomagało.

Po godzinie jazdy ścieżka, którą jechali, zagęściła się i zwęziła, jakby las specjalnie ich wchłaniał. Słońce przeciskało się przez liście w cienkich, nierównych smugach. W końcu droga rozdzieliła się na trzy odnogi, choć według mapy powinna być jedna. Lena zeskoczyła z roweru i przyklękła nad ziemią.

— Tędy — powiedziała po chwili, wskazując najmniej wyjeżdżony trakt. — Tam, gdzie wszyscy jeżdżą, nic ciekawego nie czeka.

Kacper miał ochotę zaprotestować, ale ruszyli zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

Droga zaczęła przypominać sen, z którego nie da się obudzić. Drzewa rosły coraz wyżej, ich pnie wydawały się zbyt ciemne, a ptaki milczały albo odzywały się głosami, których Kacper nie potrafił rozpoznać. Miał wrażenie, że jadą przez miejsce, które znał kiedyś tylko we śnie, zanim jeszcze nauczył się nazywać rzeczy po imieniu.

A potem las nagle się rozstąpił.

Przed nimi leżało miasto. Nie takie, jak każde inne. Kamienice były przekrzywione pod dziwnymi kątami, okna wyglądały jak puste oczy, a latarnie wyginały się nad ulicą niczym cienkie, czarne gałęzie. Nad dachami wisiała mleczna mgła, a kolory były zbyt intensywne, jakby ktoś podkręcił je do granicy bólu.

Zatrzymali rowery niemal jednocześnie.

Na ulicy nie było żywej duszy. Żadnych samochodów, żadnych przechodniów, żadnego dźwięku poza własnym oddechem i cichym trzaskiem gałęzi gdzieś za plecami. Kacper spojrzał na Lenę, potem na Dawida. W ich twarzach zobaczył to samo napięcie, które ścisnęło mu żołądek.

Coś tu było nie tak. I to od samego początku.

Lena wyjęła z plecaka stary aparat, taki z tych, które nosiła tylko na wyjątkowe wyprawy. Uniosła go, zrobiła zdjęcie pierwszej z brzegu latarni i odsunęła aparat od twarzy. Na ekranie pojawiło się coś, co sprawiło, że Kacperowi przebiegł po plecach chłód.

Na fotografii nie było latarni.

Byli tam oni. Stali dokładnie w tym samym miejscu, ale każdy trzymał w dłoniach coś innego, jakby aparat uchwycił nie tę chwilę, która trwała teraz, tylko inną, obcą wersję tej samej sekundy.

Dawid przełknął ślinę.

— To jakiś żart? — zapytał, ale głos mu drgnął.

Odpowiedziała mu cisza tak gęsta, że aż bolały uszy. A potem z jednej z bocznych uliczek dobiegł śmiech. Cichy, przeciągły, zbyt znajomy, żeby był przypadkowy.

Kacper odwrócił głowę pierwszy i zobaczył postać stojącą w półmroku. Miała na sobie coś pomiędzy strojem klauna a starym surdutem, jakby ktoś złożył dwa różne światy w jedną pomyłkę. Twarz była rozmazana, niewyraźna, jak plama po farbie, której nie da się już zetrzeć. Postać zrobiła krok naprzód, potem drugi, a ten śmiech tylko narastał.

— Idziemy? — szepnął Kacper, choć sam nie wiedział, czy bardziej pyta, czy ostrzega.

Postać zatrzymała się dokładnie pośrodku ulicy.

Przechyliła głowę, jakby ich rozpoznawała.

— Kacper — powiedziała wyraźnie.