Miasto Mocy

W futurystycznej Aurorze czworo młodych dorosłych odkrywa w sobie moce, których nie potrafi jeszcze kontrolować. A potem pod ziemią budzi się coś, co zdaje się znać ich imiona.

Aurora nie zasypiała nigdy naprawdę. Nawet po północy fasady wieżowców płonęły chłodnym światłem, a ulice pod nimi pulsowały ruchem, jakby całe miasto miało własny oddech. Z wysokości trzydziestego trzeciego piętra Lena patrzyła na ten blask z mieszaniną fascynacji i niepokoju. Mieszkała w Aurora Prime, studiowała cyberpsychologię i od dawna miała wrażenie, że jej życie toczy się tuż obok tego właściwego.

Od dziecka odbierała świat inaczej. Kolory zlewały się jej z dźwiękami, cudze emocje wdzierały się pod skórę jak nagły podmuch zimna. Ostatnio jednak coś się zmieniło. W metrze słyszała urwane myśli obcych ludzi, zanim jeszcze otwierali usta. W lśniących szybach widziała krótkie, drżące obrazy tego, co miało wydarzyć się za chwilę. Za każdym razem trwało to tylko moment, ale wystarczało, by po plecach przebiegał jej dreszcz.

Artur twierdził, że wszystko da się wytłumaczyć. Był od niej bardziej cierpliwy wobec świata, a mniej cierpliwy wobec chaosu, choć obie te rzeczy traktował jak problem do rozwiązania. Hakował systemy z tą samą łatwością, z jaką inni zapalali papierosa, i zawsze miał pod ręką jakiś stary komiks, jakby szukał w nim prostszej wersji rzeczywistości. Tego wieczoru wracali razem z podziemnego klubu Nova, kiedy Artur nagle przystanął pośrodku ciemnego przejścia.

W jego dłoni zapaliło się światło.

Nie było ostre ani gorące. Rozlało się miękko po palcach, a potem rozciągnęło przed nimi w przejrzysty, migoczący kształt, jakby powietrze samo próbowało ich osłonić. Lena spojrzała na niego, Artur na swoją rękę, potem oboje na pusty tunel, który jeszcze przed chwilą wydawał się zwyczajny.

Nazajutrz przeszukali sieć, ostrożnie, z rosnącym napięciem, jakby każde słowo mogło uruchomić coś, czego nie da się już zatrzymać. W końcu trafili na tropy innych podobnych przypadków. Na spotkaniu na dachu pojawili się Igor i Nadia. Igor był cichy, prawie niewidoczny, dopóki nie przesunął drgającą dłonią metalowego krzesła o kilka centymetrów bez żadnego dotyku. Nadia miała oczy, w których zmieniały się barwy zależnie od nastroju, a kiedy skupiła się na pustej ścianie, powietrze przed nią zarysowało obraz tak wyraźny, że Lena odruchowo cofnęła się o krok.

Nikt nie powiedział tego głośno, ale wszyscy zrozumieli to samo: to nie był przypadek.

Wieczorem zeszli razem pod ziemię, do opuszczonej stacji metra, o której krążyły dziwne historie. Tunel był zimny, wilgotny i martwy, aż do chwili, gdy pod ich stopami zadrżały tory. Ściany rozjarzyły się białym, pulsującym światłem, a z mroku zaczęły wyłaniać się sylwetki tak nierealne, że Lena przez sekundę nie była pewna, czy patrzy na ludzi, czy na wspomnienie.

Wtedy głos odezwał się prosto w jej głowie.

„Czekaliśmy na was”.

Lena zamarła, bo w tej samej chwili jedna z postaci odwróciła głowę i spojrzała dokładnie na nią.