Siedemnastoletnia Lena odkrywa, że w mglistych nocach jej miasto przestaje być zwyczajne, a za oknami zaczyna działać jak miejsce z innej rzeczywistości.
Miasto Zawieszone leżało na skraju lasów i rdzawych wzgórz, które wieczorami znikały w mgle tak gęstej, jakby ktoś codziennie zasnuwał je od nowa. Lena mieszkała na dwunastym piętrze szarego bloku, tam, gdzie ulica kończyła się pustym skwerem, a noc zwykle była tylko nocą. Tylko zwykle.
Tamtego czerwcowego wieczoru wszystko pękło na kilka sekund. Światła w oknach, latarnie pod blokiem, neon nad barem na rogu zgasły naraz, choć nie było awarii. Po szybie jej pokoju spłynęła biała mgła, wciskając się przez nieszczelne drzwi balkonowe jak żywa.
Lena podeszła bliżej i zobaczyła ludzi na chodniku. A raczej cienie ludzi. Szli bez słowa, w równych odstępach, jakby ktoś wyznaczył im trasę, której nie wolno było złamać. Żadna z twarzy nie wyglądała znajomo. To nie byli sąsiedzi ani wracający z pracy mieszkańcy. W tej ciszy miasto wydawało się przesunięte o krok w bok, nie całkiem to samo, nie do końca jej.
Na skwerze drzewa zaczęły kołysać się zbyt wolno, zbyt świadomie, jakby oddychały pod ciężarem czegoś ukrytego w gałęziach. Z krat kanalizacyjnych podnosiło się blade, niebieskie światło, pulsujące pod powierzchnią asfaltu. Lena chwyciła telefon i wybrała Dawida.
Odebrał po trzech sygnałach.
Usłyszała jego krótkie milczenie, a potem zdenerwowane pytanie, co się dzieje. Chciał przyjść natychmiast, ale Lena nie umiała mu tego wytłumaczyć. Czuła tylko, że jeśli odwróci wzrok, zniknie coś ważnego. Coś, czego nie da się potem odzyskać.
Wysunęła się z mieszkania i ruszyła po schodach w dół. Na półpiętrach ktoś szeptał, choć klatka schodowa była pusta. Gdy dotarła na parter, przestała słyszeć własne kroki. Beton pod stopami był miękki i sprężysty jak mokra trawa.
Na zewnątrz mgła otuliła ją od razu, zimna i lepka. Lena wyciągnęła rękę przed siebie, szukając znajomej ławki pod blokiem, lecz zamiast niej natrafiła na coś metalowego i chłodnego. Stary zegar stał pośrodku chodnika, jakby wyrósł tam w jednej chwili. Na tarczy migała godzina 3:13. Jej smartwatch pokazywał północ.
Za zakrętem zamajaczyła wysoka postać w czymś, co połyskiwało jak cienka folia albo mokre szkło. Lena zrobiła krok w tył, ale wtedy z mgły wysunęły się kolejne sylwetki. Jedna. Druga. Trzecia.
Wszystkie zatrzymały się dokładnie naprzeciw niej.
Zegar przy bloku po drugiej stronie ulicy zaczął wybijać czas zbyt szybko, jakby za chwilę miał się rozsypać. Lena poczuła, że mgła drga wokół niej, jak napięta skóra. I wtedy usłyszała swoje imię - wypowiedziane nisko, tuż obok ucha.
Jedna z postaci uniosła rękę i wskazała na nią palcem.