Szymon, Lena i Kuba trafiają na ślad miasta nieobecnego na współczesnych mapach. To, co miało być nocną wyprawą, uruchamia coś, co zaczyna zmieniać samą rzeczywistość.
Zmrok spadł na stary dworzec szybciej, niż Szymon się spodziewał. Peron był pusty, tory zardzewiałe, a za nimi zaczynał się las tak gęsty, jakby od lat pilnował wejścia do czegoś, czego nikt nie powinien znaleźć. Mimo to Szymon, Lena i Kuba stali tam bez ruchu, z mapą z 1924 roku rozłożoną na pokrywającym się kurzem betonie.
Na współczesnych planach w tym miejscu były tylko pola i kilka dróg, które urywały się w szczerym niczym. Na starej mapie, znalezionej przez Szymona na strychu dziadka, za zakrętem torów widniał jednak czerwony znak i nazwa miejscowości, której nie dało się nigdzie potwierdzić. Jakby ktoś nie tyle ją usunął, co wymazał z pamięci świata.
— Jeśli to kolejna legenda, to dziadek miał wyjątkowo dziwny gust — mruknął Kuba, ale nie cofnął się ani o krok.
Lena przygryzła wargę i przesunęła palcem po pożółkłym papierze. — A jeśli nie? — zapytała cicho.
Ruszyli w stronę torów. Zarośla były tak splątane, że musieli przeciskać się bokiem, a gałęzie zaciskały się nad nimi jak sklepienie. Im głębiej wchodzili w las, tym bardziej powietrze gęstniało, wilgotne i ciężkie, jak przed burzą. Wtedy między pniami zamigotało światło: nie żółte ani białe, tylko obce, zimne, neonowe.
Po kilku krokach las skończył się nagle, jakby ktoś przeciął go nożem. Przed nimi otworzyła się ulica, a potem cały rynek miasta, którego nie było na żadnej współczesnej mapie. Domy miały fasady, które poruszały się powoli jak oddech. Na ścianach wisiały zegary wskazujące różne godziny. Nad witrynami pulsowały znaki w nieznanym alfabecie, a z okien dobiegał cichy szelest, jakby ktoś szeptał tuż za szkłem.
To miasto żyło. Albo udawało, że żyje.
Kuba zrobił krok w tył. — To nie jest normalne.
Nie zdążyli nawet odpowiedzieć. Jeden z budynków, wysoki i wąski jak wieża, obrócił w ich stronę ciemne okna i wypowiedział ich imiona. Zewsząd odezwał się ten sam głos, rozchodząc się echem po pustym rynku, jakby miasto znało ich lepiej, niż oni samych siebie.
Szymon odruchowo sięgnął po mapę. Papier był ciepły.
A potem zaczął się poruszać.