Leon i Maja docierają do miasta, w którym myśli nabierają kształtu. Wśród ulic znikających jak sen odnajdują dom, który zdaje się czekać właśnie na nich.
Leon przycisnął czoło do chłodnej szyby i starł palcem parę, jakby mógł w ten sposób wyostrzyć widok. Po raz pierwszy zobaczył Miasto Nad Linią Świateł: miasto, do którego podobno trafiali tylko ci, którzy choć raz śnili o nim zbyt długo. Ulice nie biegły tu prosto, lecz zakręcały nagle, urywały się i wracały w innym miejscu, jakby ktoś układał je z cudzych wspomnień. Nad dachami unosiły się blade kształty z mgły, drżące i niepewne, a jednak wyraźniejsze od prawdziwych ludzi. Marzenia przechadzały się nad placami, cudze lęki zalegały w zaułkach, a od okien biło światło tak miękkie, że trudno było odgadnąć, czy pochodziło z lamp, czy z myśli.
Na małej stacji wysiedli razem z Mają, jego przyjaciółką z dzieciństwa. Peron był wąski, a latarnie przy torach wydawały z siebie cichy, przeciągły ton, jakby nuciły melodię, której nikt już nie pamiętał. Maja rozejrzała się uważnie, z dłonią wsuniętą w kieszeń płaszcza, i uśmiechnęła się krótko, bez radości.
Ruszyli w stronę centrum. Miasto przyjmowało ich bez pośpiechu, ale też bez życzliwości. Kamienice przesuwały się w kącie oka o pół kroku, witryny odbijały nie ich twarze, lecz to, o czym właśnie myśleli. Leon uchwycił własne odbicie dopiero wtedy, gdy w witrynie księgarni zobaczył obok siebie cień małego, papierowego smoka. Zamrugał. Postać zniknęła. Gdy wsunął rękę do kieszeni, natrafił na sztywny, złożony na kilkanaście zagięć kształt. Smok. Ten sam, którego ulepił kiedyś jako chłopiec, dawno przed tym, zanim zaczął wierzyć, że takie rzeczy nie mogą istnieć.
Na rynku zatrzymała ich kobieta w szerokim kapeluszu, uszytym z czegoś, co przypominało starą myśl: zbyt lekką, by była tkaniną, zbyt ciężką, by ją zignorować. Jej twarz wydawała się ciągle zmieniać o włos, jakby nie mogła zdecydować, ile lat ma w tej chwili.
Nie czekając na odpowiedź, skręciła w boczną ulicę. Leon zrobił krok za nią, ale ulica rozmyła się przed jego oczami jak mokry atrament i zniknęła, zostawiając po sobie tylko chłodny przeciąg.
Maja złapała go za rękaw.
Na skrzyżowaniu, którego przed chwilą jeszcze nie było, stał dom. Nie przypominał żadnego z budynków wokół: miał drzwi zbudowane z marzenia o żółtych ptakach, a okna jarzyły się niebieską mgłą, jakby ktoś zatrzasnął w środku noc. Z wnętrza dobiegał przytłumiony śmiech i szept rozmów, ale żaden cień nie przesuwał się za szybami, nikt nie wchodził i nikt nie wychodził.
Leon poczuł nagle, że jego własne myśli gęstnieją, stają się cięższe, bardziej niebezpieczne. Papierowy smok w kieszeni poruszył się i wysunął na dłoń, rozkładając małe skrzydła z cichym trzepotem.
Maja spojrzała na drzwi, potem na Leona.
W tej samej chwili z głębi domu odezwał się szept, tak bliski, jakby ktoś stał po drugiej stronie jego oddechu, i wypowiedział ich imiona.