Siedemnastoletnia Kasia trafia za stare lustro do miasta, które zna jej imię i zdaje się śledzić każdy jej ruch.
Kasia nienawidziła wakacji na wsi jeszcze zanim przyjechała do babci. Teraz, w drewnianym domu pachnącym suszonymi ziołami i starym lakierem, miała wrażenie, że czas stoi tu w miejscu, a ściany za bardzo słuchają.
Trzeciego wieczoru rozpętała się burza. Wiatr szarpał okiennicami, deszcz bębnił o dach, a Kasia błąkała się po strychu w nadziei, że znajdzie coś, co wyrwie ją z dusznej ciszy. Między skrzyniami, pod plamą światła z małego okna, stało lustro. Wysokie, ciężkie, w rzeźbionej ramie. Szkło było spękane, jakby ktoś przed laty próbował je rozbić i nie dokończył.
Kasia podeszła bliżej. W odbiciu zobaczyła siebie, ale tylko przez sekundę. Potem powierzchnia zafalowała, jakby po drugiej stronie przesunęła się ciemność. Dziewczyna zmarszczyła brwi i uniosła dłoń. Gdy dotknęła zimnego szkła, pod palcami przebiegł jej nagły, pulsujący dreszcz. Lustro odpowiedziało drgnięciem.
Nie zdążyła cofnąć ręki.
Coś szarpnęło ją do przodu z taką siłą, że urwał jej się oddech. Przez krótką, przerażającą chwilę spadała w czarną pustkę, aż wreszcie runęła na twardy bruk w wąskiej uliczce. Poderwała głowę i zamarła.
Nad nią piętrzyły się kamienice o stromych dachach, a między nimi płonęły blade, niebieskawe latarnie. Miasto było piękne w sposób, który od razu budził niepokój. Powietrze drżało od cichego szumu, jakby mieszały się w nim szepty, muzyka i coś jeszcze — coś, czego nie umiała nazwać.
Na ulicy stali ludzie. Wysocy, smukli, z jasnymi twarzami i srebrzystymi oczami, które spoczęły na niej bez wahania. Nikt nie krzyknął. Nikt nie podszedł. Tylko patrzyli, jakby jej pojawienie się było czymś spodziewanym.
Kasia poczuła chłód na karku. Miała wrażenie, że obserwuje ją nie tylko tłum, ale i samo miasto — z okien, z ciemnych bram, spod zamkniętych okiennic.
Wtedy z zaułka po lewej wysunęła się postać w fioletowym płaszczu. Kapuzę miała nisko nasuniętą na czoło, ale głos był spokojny i zbyt pewny, by należeć do przypadkowego przechodnia.
„Wiemy, dlaczego tu jesteś, Katarzyno” — powiedziała.
Kasia zesztywniała.
Postać zatrzymała się w świetle latarni. „Tylko jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Czy przyszłaś tu z własnej woli?”
Zanim Kasia zdążyła otworzyć usta, wszystkie latarnie wzdłuż ulicy zgasły naraz. Miasto westchnęło głęboko, jakby coś pod jego brukiem właśnie się przebudziło.