Nadia, Alek i Lena odkrywają ukryte przejście do miasta, którego nie ma na mapach. Noc zmienia wszystko, a cienie zaczynają zachowywać się jak żywe.
Nadia lubiła dach starej kamienicy bardziej niż własny pokój. Tam, nad miastem rozciągniętym na obrzeżach, powietrze pachniało kurzem, dachówką i nocą, a gwiazdy wydawały się bliższe niż gdziekolwiek indziej. Tego wieczoru srebrny księżyc wisiał nisko nad kominami, jakby chciał podsłuchać wszystko, co się tu zaraz wydarzy.
Alek wspiął się na dach pierwszy, ciężko dysząc, i usiadł obok niej z rękami opartymi na kolanach. Lena przyszła chwilę później, z rozwianymi włosami i tym swoim spojrzeniem, które oznaczało kłopoty albo odkrycie. Czasem trudno było odróżnić jedno od drugiego.
– A jeśli za tym wszystkim jest coś więcej? – powiedział Alek cicho, bez zwykłej ironii. – Coś, czego nie widać z ulicy.
Lena prychnęła, ale nie z przekonaniem.
– Brzmi jak początek kiepskiej legendy.
Nadia już miała odpowiedzieć, kiedy zauważyła coś na kominie. Na spękanej cegle, tam gdzie przed chwilą nie było nic oprócz rdzawego nalotu, pojawił się znak. Oko przecięte linią gwiazdy. Prosty, a jednak tak wyraźny, jakby ktoś wyrył go dopiero przed sekundą.
– Widzicie to? – szepnęła.
Alek i Lena podeszli bliżej. Zanim ktokolwiek zdążył pomyśleć, Nadia położyła palce na symbolu.
Cegła odpowiedziała głuchym stukiem.
Przez sekundę nic się nie stało. Potem kolejna cegła drgnęła. Następna odsunęła się o włos, jakby coś po drugiej stronie właśnie czekało na pozwolenie. Lena odruchowo cofnęła rękę.
– Nie podoba mi się to – mruknęła.
– Za późno – odparł Alek, ale też ściszył głos.
Razem zaczęli wypychać cegły, ostrożnie, bez słowa. Mur ustępował zaskakująco łatwo. Po chwili za nim otworzyła się wąska szczelina, a z jej wnętrza uderzył chłód tak nagły, że Nadia aż wstrzymała oddech. Nie pachniało tam piwnicą ani ziemią. Raczej czymś starym, mokrym i obcym, jakby pod kamienicą ukryto korytarz, który nie należał do ich świata.
Z wnętrza sączył się cichy blask. Nie żółty, nie biały. Bladoniebieski, prawie księżycowy.
Schody zaczynały się tuż za otworem. Wąskie, spiralne, śliskie od wilgoci. Nadia schodziła pierwsza, palcami muskając zimną ścianę. Każdy krok odbijał się echem, które wracało zbyt długo, jakby przestrzeń pod nimi była większa, niż powinna.
Kiedy dotarli na dół, stanęli w szerokim korytarzu. Jego ściany pokrywały malowidła tak stare, że kolory zdawały się wypłowiałe do samego wspomnienia barwy. Były tam wieże, place, mosty i ulice, ale żadne z nich nie przypominały miasta, które znali. Niektóre budynki unosiły się nad ziemią, inne rozdzielały się na cienkie, świetliste linie, jakby ktoś narysował je światłem.
Lena ostrożnie dotknęła jednej ze ścian.
Obraz zadrżał.
Światło na podłodze rozlało się falą, korytarz jakby odetchnął, a w powietrzu rozszedł się szept. Najpierw ledwie słyszalny, potem wyraźniejszy. Ktoś wypowiadał ich imiona. Nadia poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz.
Z głębi przejścia dobiegł metaliczny dźwięk. Jedno uderzenie. Potem drugie.
Za zakrętem zaczęło się coś wyłaniać. Najpierw tylko kontury, potem całe miasto: smukłe wieże wznoszące się ku ciemności, ulice z przezroczystego kamienia, mosty zawieszone w powietrzu. A pomiędzy nimi poruszały się cienie, choć nie było widać nic, co mogłoby je rzucać.
Blask nagle przygasł.
Z mroku przed nimi wysunęła się wysoka postać w gładkiej masce bez ust i bez oczu. Zatrzymała się dokładnie na granicy światła, a potem powoli uniosła rękę, jakby ich rozpoznawała.