Miasto pod Lodowym Księżycem

W futurystycznej Aurorze czworo przyjaciół spotyka się pod szklaną kopułą, by nazwać to, czego zwykle nie da się powiedzieć. Tego wieczoru na niebie pojawia się coś, czego nikt nie powinien widzieć.

Aurora pulsowała pod szklaną kopułą jak organizm, który nie potrafi zasnąć. Na zewnątrz wiatr niósł szron i ciemność, ale wewnątrz czerwcowy wieczór rozlewał się po ulicach chłodnym, niebieskim światłem. Wieże odbijały się w wilgotnych taflach mgły, a podświetlone kładki wyglądały, jakby zawieszone były nad czymś głębszym niż tylko miasto.

Na tarasie przy wertykalnym ogrodzie spotkali się Lena, Igor, Dorian i Milena. Nie przyszli tu po to, by udawać, że wszystko jest w porządku. Każde z nich nosiło w sobie coś, co od kilku dni albo tygodni uwierało coraz mocniej, aż w końcu przestało dawać się ignorować.

Lena pierwsza przerwała milczenie. Oparła dłonie o chłodną balustradę i spojrzała w górę, jakby tam miała znaleźć właściwe słowa.

– Jutro mam mówić do ludzi o emocjach – powiedziała ciszej, niż planowała. – A najbardziej boję się nie samego wykładu. Tylko tego, że zobaczą, jak bardzo sama nie umiem ich utrzymać w ryzach.

Igor nie odpowiedział od razu. Przesunął palcami po nadgarstku, jakby sprawdzał własny puls.

– Ja już od tygodnia nie mam spokojnej nocy – przyznał. – Ściany w mieszkaniu drżą. Nie zawsze, nie równo. Tak, jakby coś po drugiej stronie kopuły próbowało znaleźć do nas drogę.

Dorian odwrócił wzrok. Z zewnątrz był zawsze najspokojniejszy z nich, ale tego wieczoru spokój wyglądał na coś kruchszego niż zwykle.

– Mnie najbardziej przeraża to, że nic się nie stało – powiedział po chwili. – A jednak od rana czuję, jakbym coś stracił. Jakby ktoś wyjął ze mnie ostatni pewny punkt.

Milena parsknęła krótkim śmiechem, bardziej z nerwów niż z rozbawienia. Miała jeszcze w oczach blask po wiadomości, którą dostała przed godziną: praktyka w Centrum Zarządzania Aurorą, dokładnie tam, gdzie chciała być. Powinna czuć tylko triumf. Tymczasem pod skórą rosło jej coś ciężkiego, nieprzyjemnie żywego.

– To absurdalne – powiedziała. – Powinnam skakać z radości, a mam wrażenie, że zaraz wydarzy się coś złego. Jakby szczęście i strach przyszły razem, w jednym pakiecie.

Wtedy niebo rozdarło się światłem.

Nie był to zwykły błysk. Błękit spadł na kopułę tak gwałtownie, że wszyscy odruchowo zasłonili oczy. Szklany dach odpowiedział głuchym, przeciągłym dźwiękiem, a po ścianach ogrodu przebiegły smugi lodowatego blasku. Nad miastem, wysoko ponad warstwą chmur, zawisł obiekt, którego nikt z nich wcześniej nie widział: ogromny, nieruchomy Lodowy Księżyc.

Przez ułamek sekundy wyglądał pięknie. Potem piękno zaczęło budzić grozę.

Jego światło nie było białe ani srebrne, lecz zimne, obce, jak wspomnienie czegoś, czego człowiek nie powinien pamiętać. Na twarzach przyjaciół przesuwały się niepokojące refleksy, a w powietrzu zawirowało coś, co przypominało cichy śpiew, lecz nie należało do żadnego znanego głosu.

Lena ścisnęła dłoń Mileny. Igor cofnął się o krok. Dorian wbił palce w balustradę tak mocno, że zbielały mu knykcie.

A potem wszyscy poczuli to samo naraz: nie tylko lęk, lecz także dziwną, bolesną bliskość, której nie potrafili nazwać. I właśnie wtedy z cienia pod kopułą dobiegł kolejny dźwięk, niższy, wyraźniejszy, jakby ktoś po drugiej stronie szkła odpowiedział na tamten śpiew...