Miasto pod szkłem

Hania i Krzysiek schodzą nocą pod ruiny starej fabryki i trafiają do ukrytego miasta ze szkła. Gdy pojawia się obcy cień, wszystko przestaje wyglądać jak przypadek.

Hania stanęła na brzegu otwartego włazu i spojrzała w dół, w czarną szczelinę, która zdawała się nie mieć dna. Nocny wiatr szarpał jej kurtkę, niósł pył i zapach mokrego betonu, ale nie zdołał odciągnąć jej od krawędzi. Za plecami usłyszała stłumiony krok. Krzysiek wszedł w smugę światła z latarką w dłoni, z tym swoim napiętym uśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy oboje byli o krok od czegoś głupiego.

Hania nie odpowiedziała od razu. Ruiny starej fabryki od dawna ciągnęły ich jak magnes. Mówiono o eksperymentach, o dziwnych nocnych dźwiękach, o ludziach, którzy weszli do środka i wrócili z opowieściami tak niedorzecznymi, że nikt im nie wierzył. Teren był zamknięty, zardzewiałe ogrodzenie powalone, a mimo to nikt z ich paczki nie odważył się sprawdzić, co naprawdę kryje się pod ziemią.

Schodziła pierwsza. Metalowa drabinka była chłodna i śliska, a każdy szczebel odpowiadał głuchym stukiem gdzieś w ciemności. Krzysiek zszedł tuż za nią, oświetlając wąski szyb, w którym mieszał się kurz, wilgoć i stary, gryzący zapach rdzy. Im niżej schodzili, tym bardziej świat z góry oddalał się od nich jak sen, z którego ktoś powoli wyrywał ostatnie obrazy.

Na dole czekała ich wąska platforma i korytarz, którego ściany połyskiwały dziwnym, matowym blaskiem. Nie wyglądały jak beton ani kamień. Miały w sobie coś gładkiego, zimnego i przejrzystego, jakby całą przestrzeń obudowano grubym szkłem.

Hania przełknęła ślinę.

Krzysiek przesunął snop światła po ścianie. Wtedy powierzchnia pod jego palcami zadrżała. Najpierw ledwie zauważalnie, potem wyraźnie, jakby coś po drugiej stronie obudziło się na ich dotyk. W szkle przepłynęły smugi barw: granat, zieleń, srebro. Korytarz rozjaśnił się na moment i po chwili, niemal bezszelestnie, otworzyły się przed nimi kolejne drzwi.

Za nimi nie było już tunelu.

Rozciągało się podziemne miasto.

Szklane wieże wyrastały nad szerokimi alejami, a ich ściany łapały i rozpraszały światło tak, że całe wnętrze zdawało się oddychać własnym blaskiem. Nad ulicami wirowały świetlne pasma, układając się w obrazy, których nie umiałaby wyjaśnić. Niebo nie istniało, a jednak nad ich głowami migotało coś, co przypominało ruch chmur zamkniętych pod przezroczystą kopułą. Ani jeden głos. Ani jeden krok. Tylko oni i nieskończony, pusty blask.

Zrobiła ostrożnie kilka kroków naprzód. Pod ich butami powierzchnia lekko wibrowała, jakby miasto reagowało na ich obecność. Światło przesunęło się po fasadach i na moment Hania miała wrażenie, że widzi w nich odbicia - nie własne, lecz obce, zbyt szybkie, by je uchwycić.

Wtedy coś zaszeleściło.

Nie był to wiatr. Nie w takim miejscu.

Z jednej z bocznych alei wypłynęła sylwetka, ciemna i płaska jak cień odklejony od ściany. Szła bez pośpiechu, ale każdy jej krok odbijał się w szkle długim, nienaturalnym echem. Hania poczuła, jak Krzysiek ściska jej dłoń coraz mocniej.

Cień zatrzymał się w półmroku, zaledwie kilka metrów od nich.

A potem uniósł głowę i z głębi jego twarzy błysnęło światło, którego nie powinno tam być.