Mateusz trafia do miasta zawieszonego między jawą a snem, gdzie spotyka ludzi z różnych epok i staje przed wyborem, który może odmienić wszystko.
Mateusz miał wyobraźnię, która często wybierała własną drogę, ale tej nocy przeszła go na wskroś prawdziwa obcość. Zasnął nad zeszytami do matury, tuż po osiemnastych urodzinach, z twarzą opartą o blat biurka. Kiedy otworzył oczy, nie był już w swoim pokoju. Albo był, tylko świat nie pamiętał, jak wyglądać.
Wyszedł na ulicę swojego rodzinnego miasta i od razu poczuł, że coś jest nie tak. Kamienice stały w tych samych miejscach, lecz ich fasady miały barwy zbyt głębokie, niemal mokre od światła. Latarnie jarzyły się bladym blaskiem, a chodnik pod stopami zdawał się lekko sprężynować, jakby miasto oddychało pod warstwą nocy. Nad ratuszem wisiał zegar, którego wskazówki cofały się spokojnie, bez pośpiechu, jakby czas po prostu zmieniał zdanie.
Na rogu minęła go kobieta w sukni z XIX wieku. Skinęła mu głową z taką swobodą, jakby spotykała go codziennie. Kilka kroków dalej chłopak w kurtce z początku XXI wieku przeszedł obok, słuchając muzyki z urządzenia, które wyglądało jak krzyżówka smartfona i starego walkmana. Mateusz zwolnił. Czuł, że w tym miejscu wszystko, co niemożliwe, nie tylko było dozwolone, ale wręcz oczywiste.
Nie wiedział, dokąd iść, więc ruszył za światłem odbijającym się od rzeki. Most, do którego doszedł, jarzył się mlecznym blaskiem, a w jego cieniu stał starszy mężczyzna w kapeluszu. Trzymał w dłoni zegarek bez wskazówek, obracając go powoli między palcami.
Mateusz zesztywniał. - Skąd pan zna moje imię?
Wokół nich zaczęli pojawiać się ludzie. Mężczyzna w żupanie, kobieta w płaszczu z lat dwudziestych, dziecko z plecakiem, którego nie widziałby nigdzie indziej poza snem. Każde z nich niosło coś dziwnego: klucz bez zębów, ptasie pióro, szkatułkę zamkniętą na światło. Nad rzeką uniosły się trzy księżyce, jeden po drugim, jakby ktoś zapalił je na próbę.
Mężczyzna uniósł rękę, a pod łukiem mostu otworzyły się trzy drzwi. Jedne były ze szkła i pulsowały chłodnym blaskiem. Drugie z falowanej stali drżały cicho, jakby coś naciskało od środka. Trzecie porastał gęsty, ciemny żywopłot, z którego sączył się zapach mokrej ziemi.
Po czym zniknął tak nagle, jakby nigdy go tam nie było. Mateusz zrobił krok bliżej i poczuł, że tłum wokół milknie. Ktoś szepnął mu tuż przy uchu, choć nie widział nikogo obok.
Drzwi pod mostem zaczęły pulsować.