Miasto Szepczących Lamp

W nocnym mieście latarnie rozmawiają ze sobą, a Marek, który przybył tu dopiero co, słyszy ich głosy. Gdy pada imię starego Zegarmistrza, noc zaczyna mówić zbyt wiele.

Marek błąkał się po pustych ulicach dłużej, niż planował, aż w końcu dotarł na starą ulicę Bernarda. Po północy miasto miało już ten martwy, wygaszony oddech, w którym słychać własne kroki wyraźniej niż myśli. Tylko latarnie stały czujnie po obu stronach brukowanej ulicy. Ich bursztynowe światło nie było spokojne. Drżało, przeskakiwało, jakby wymieniały między sobą znaki.

Na początku uznał, że to wiatr miesza się w metalowych kloszach. Potem najbliższa lampa lekko zamrugała, niemal zachęcająco, i Marek wyraźnie usłyszał szept.

"On nas słyszy" - powiedziała jedna, a jej blask na moment przygasł.

"Pytał o starego Zegarmistrza" - odpowiedziała druga, zimniejszym, bardziej napiętym głosem.

Marek zatrzymał się tak gwałtownie, że aż skrzypnął pod nim bruk. Serce uderzyło mu mocniej. Nie powinien był tego słyszeć. A jednak słowa miały ciężar, którego nie dało się zrzucić na zmęczenie. Podszedł do latarni z pordzewiałą podstawą, tej stojącej najbliżej ciemnej bramy, i wtedy odezwała się głębiej niż pozostałe, niemal ludzkim tonem.

"Nie każdy trafia na ulicę Bernarda przez przypadek. Jeśli szukasz Zegarmistrza, musisz wiedzieć, że miasto pamięta. I pamięta też ciebie."

Lampy rozjarzyły się naraz tak mocno, że Marek odruchowo zasłonił oczy. Kiedy je opuścił, wszystkie zwrócone były ku niemu, jakby czekały na odpowiedź. Gdzieś za jego plecami zaskrzypiały metalowe drzwi. Z ciemności popłynął cichy szept, ostrzejszy niż poprzednie:

"On już wie, że tu jesteś..."

A potem rozległy się kroki. Wolne. Pewne. Zbliżające się prosto do niego.