Marek, Paweł i Lena trafiają do opuszczonej oranżerii, gdzie stara plotka o Mieście za Szkłem nagle przestaje brzmieć jak żart.
Marek zatrzymał się w pół kroku i jeszcze raz spojrzał na szklane drzwi oranżerii. Popękane tafle łapały słońce jak ostrza, a wiatr poruszał suchymi liśćmi, które od dawna powinny już dawno rozsypać się w pył. W powietrzu wisiała wilgoć i ten dziwny, metaliczny chłód, którego nie umiał nazwać. Paweł stał obok niego z rękami w kieszeniach, niby obojętny, ale zbyt spięty, by to było prawdziwe. Lena patrzyła na drzwi tak uważnie, jakby mogła wzrokiem odczytać, co kryje się po drugiej stronie.
To miała być głupia wyprawa. Żart z szkolnego czatu, jeden z tych tekstów, które rozchodzą się po klasach szybciej niż sprawdziany. „Kto znajdzie Miasto za Szkłem, temu spełni się największe marzenie”. Marek przewinął wiadomość kilka razy i wtedy jeszcze się uśmiechnął. Dopiero kiedy Lena wysłała mu współrzędne, a Paweł bez słowa odpisał: „Idę”, cała sprawa zaczęła wyglądać inaczej.
Oranżeria stała na skraju miasta jak coś zapomnianego w pośpiechu. Ciemne wnętrze, wystrzelone pnącza, odrapane ramy okien, cisza tak gęsta, że aż drażniąca. Przy samym progu Lena schyliła się nagle i wyciągnęła z ziemi kawałek złożonego papieru.
„Patrzcie” – szepnęła.
Kartka była mokra od rosy, ale litery wciąż dało się odczytać. Marek przejechał po nich palcem.
„Wejdź tam, gdzie światło odwraca cień. Stań na progu i zamknij oczy. To, czego się boisz, wskaże drogę”.
Paweł parsknął krótko, lecz bez przekonania. „Ktoś ma poczucie humoru”.
W tej samej chwili niebo pociemniało. Letnia burza przyszła nagle, jakby ktoś pstryknął przełącznikiem. Wiatr uderzył w szkło, a pierwsza błyskawica rozdarła chmury i rozświetliła oranżerię ostrym, białym światłem. Na ułamek sekundy Marek zobaczył w szybie coś więcej niż własne odbicie. Coś, co nie stało po tej stronie.
Paweł podszedł bliżej, jakby chciał sprawdzić, czy to tylko złudzenie. Wyciągnął dłoń i dotknął drzwi.
Jego palce zniknęły.
Nie rozpadły się, nie przesunęły, nie odbiły światła. Po prostu rozpłynęły się w przejrzystej powierzchni, jakby szkło nagle zrobiło się wodą. Lena cofnęła się o krok i stłumiła okrzyk. Marek chwycił Pawła za rękaw, zanim ten zdążył odskoczyć.
„To nie jest zwykłe szkło” – wysyczał Paweł, wyrzucając dłoń z powrotem na zewnątrz. Miał przyspieszony oddech i po raz pierwszy wyglądał na naprawdę przestraszonego.
Za ich plecami grzmotnął piorun. Powierzchnia drzwi zadrżała, a po drugiej stronie zamigotało światło, jakby coś właśnie się budziło. Marek poczuł, że serce wali mu w gardle. Nie miał już pewności, czy chce znać odpowiedź na pytanie, po co tu przyszli.
Lena ścisnęła kartkę tak mocno, że aż pobladły jej knykcie. „Marek...”
Nie zdążył odpowiedzieć.
Szkło przed nimi pofalowało jak tafla jeziora, a z wnętrza oranżerii wysunęła się postać o przezroczystych oczach, wyciągając do nich rękę.