Między ciszą a burzą

Lena, Dawid, Julia i Adrian wchodzą do opuszczonego domu na skraju miasta, gdzie cisza zaczyna odbijać ich najgłębiej skrywane emocje.

Był ciepły, lepki wieczór czerwca, kiedy Lena, Dawid, Julia i Adrian wymknęli się z domu, udając, że jeszcze mają siłę myśleć o czymś innym niż matura, presja i rozmowy, od których od tygodni bolała ich głowa. Na obrzeżach miasta, tam, gdzie park gęstniał od starych drzew i cienia, stał dom, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie nazywał już domem. Rósł wokół niego bluszcz, okna patrzyły pusto, a dorośli mówili o nim półgłosem, jakby samo wypowiedzenie nazwy mogło ściągnąć pecha.

W szkole krążyła o nim dziwna opowieść. Podobno jeśli wejdziesz do środka i zamilkniesz na dłużej, usłyszysz to, czego najbardziej boisz się o sobie wiedzieć. Dawid wyśmiewał te historie jeszcze po drodze, ale kiedy skrzypiąca brama ustąpiła pod ich ręką, jego uśmiech zgasł szybciej niż latarnia nad aleją. Lena szła pierwsza, z twarzą spokojną aż do bólu, choć od kilku nocy śnił jej się ten sam korytarz. Julia trzymała się blisko Adriana, jakby gęste powietrze mogło ją zaraz połknąć. Nawet on, zwykle najgłośniejszy, z każdym krokiem mówił coraz ciszej.

Wewnątrz pachniało wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, czego żadne z nich nie potrafiło nazwać. Podłoga jęczała pod ciężarem ich butów, a ściany zdawały się oddychać razem z nimi. Gdy weszli do pustego salonu, latarka Julii zamigotała i zgasła. Czerń spadła na nich nagle, tak gęsta, że Lena poczuła ją niemal na skórze. Ktoś zaklął szeptem. Ktoś inny parsknął nerwowym śmiechem, który natychmiast zabrzmiał obco.

Z korytarza dobiegł szmer. Nie głośny, nie taki, który dałoby się łatwo wytłumaczyć. Raczej delikatny, bliski, jakby ktoś stawiał bose kroki tuż za ścianą. Julia cofnęła się odruchowo, a Adrian wyciągnął rękę przed siebie, choć niczego nie mógł dotknąć. Wtedy w szybie wiszącej na ścianie zamigotały ich odbicia. Przez ułamek sekundy Lena zobaczyła własną twarz, ale nie taką, jaką znała z luster. Oczy miała w nich zbyt szeroko otwarte, usta zaciśnięte w ciszy, której nie dało się znieść. Dawid wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć z wściekłości. Julia miała w spojrzeniu czysty strach. Adrian, zamiast ironicznego uśmiechu, miał twarz chłopca, który pierwszy raz naprawdę się przestraszył.

W kącie salonu rozbłysło światło. Krótkie, ostre, nienaturalnie białe. A zaraz potem z głębi domu popłynął głos, cichy i wyraźny, tak bliski, jakby ktoś stał tuż obok nich i znał ich wszystkich po imieniu.