Między światami: Labirynt Luster

Lena i Kuba odnajdują stary bilet do Teatru Feniks i wchodzą do opuszczonego budynku, gdzie jedno lustro otwiera przejście do świata, który nie powinien istnieć.

Wszystko zaczęło się od biletu wciśniętego za szafę w domu babci. Kartonik był kruchy, pożółkły na krawędziach, ale nazwa wciąż dała się odczytać bez trudu: Teatr Feniks. I data sprzed trzydziestu lat. Lena obracała go w palcach tak długo, aż Kuba wyrwał się z ciszy pierwszym.

– Sprawdzimy to? – zapytał, jakby chodziło o zakład, nie o opuszczony budynek na skraju miasteczka.

Od miesięcy wszystko wokół było zbyt przewidywalne. Te same ulice, te same twarze, te same rozmowy urwane w połowie zdania. Wyprawa do teatru miała być tylko kolejną dziwną fanaberią, czymś, o czym potem będą żałować albo się śmiać. Jednak kiedy stanęli przed żelazną bramą porośniętą suchym bluszczem, Lena poczuła w żołądku ten nieprzyjemny skurcz, który pojawia się tuż przed czymś nieodwracalnym.

Brama ustąpiła zaskakująco łatwo. W środku było chłodniej, niż powinno, a powietrze pachniało pyłem, wilgocią i czymś jeszcze, jakby resztką dawnych oklasków. Na widowni stały rzędy czerwonych foteli, zapadniętych i wyblakłych, a na scenie, pod poszarpaną kurtyną, wisiało ogromne lustro w ciężkiej, pozłacanej ramie.

Lena zatrzymała się pierwsza. W tafli zobaczyła siebie i Kubę, ale tylko przez ułamek sekundy wszystko wyglądało normalnie. Potem odbicie Kuby drgnęło z opóźnieniem, jakby ktoś po drugiej stronie dopiero próbował znaleźć jego ruchy. Jego oczy rozjarzyły się bladym światłem. Lena odruchowo cofnęła dłoń.

Lustro odpowiedziało błyskiem. Za szkłem otworzył się widok na korytarz, który nie mógł należeć do żadnego teatru: długi, mleczny od mgły, z drzwiami stojącymi pod dziwnymi kątami i cieniami przesuwającymi się pod sufitem. Z wnętrza dobiegł ich głos, cichy, wyraźny, nienaturalnie bliski.

– Wreszcie przyszliście.

Z tyłu rozległ się głuchy trzask. Drzwi wejściowe zatrzasnęły się z takim hukiem, że z sufitu posypał się pył. Lustro pociemniało, po czym znowu rozbłysło, jakby coś po drugiej stronie niecierpliwie czekało, aż zrobią następny krok.