Amelia znajduje pod szkołą ukryte podziemia, a tajemniczy notatnik zaczyna mieszać wyobraźnię z rzeczywistością.
Deszcz walił o wysokie okna starego liceum, a korytarz po ostatniej lekcji pustoszał powoli, z tym ciężkim, przyciszonym oddechem budynku, który zostawał sam ze swoimi sekretami. Amelia siedziała na parapecie z otwartym szkicownikiem na kolanach i bez przekonania kreśliła kolejne linie. Miała już iść do domu, kiedy zauważyła pod oknem pękniętą płytkę. Jedną z wielu. Tylko że ta odstawała odrobinę bardziej.
Przesunęła ją czubkiem buta. Cień pod spodem okazał się zbyt głęboki, zbyt regularny, by był zwykłą szczeliną. Amelia przykucnęła, wsunęła palce w szparę i pociągnęła. Płytka ustąpiła z cichym zgrzytem. Pod nią otworzył się wąski, ciemny otwór, z którego uderzył chłodny, wilgotny powiew.
Serce przyspieszyło jej natychmiast. Wyjęła telefon, włączyła latarkę i oświetliła wnętrze. Z otworu schodziły w dół zardzewiałe schody, wciśnięte w mur tak, jakby ktoś celowo ukrył je przed całym światem. Amelia odruchowo rozejrzała się po korytarzu, choć była pewna, że nikt jej nie widzi.
Michał pojawił się przy niej bezszelestnie, jak zawsze wtedy, gdy miała właśnie zrobić coś głupiego albo genialnego.
Patrz na to - szepnęła, nie odrywając wzroku od czarnej dziury. - To nie może prowadzić donikąd.
Właśnie dlatego nie brzmi dobrze - mruknął, ale już przykucnął obok niej.
Amelia pierwsza postawiła stopę na schodach. Metal jęknął cicho, lecz wytrzymał. Schodzili coraz niżej, mijając wilgotne ściany i odrapane poręcze, aż korytarz urwał się nagle przy ciężkich drzwiach. Michał nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły zaskakująco łatwo.
Za nimi znajdowało się niewielkie kamienne pomieszczenie, pełne zakurzonych skrzyń, starych regałów i ksiąg tak ciemnych od czasu, że niemal stapiały się ze ścianami. W powietrzu wisiał zapach papieru, kurzu i czegoś jeszcze, trudniejszego do nazwania - jakby starej burzy zamkniętej pod ziemią.
Na środku stołu leżał notatnik. Skórzana okładka była popękana, ale starannie oprawiona. Nie miał tytułu, tylko wyblakły rysunek mapy. Amelia pochyliła się bliżej. Na szkicu rozpoznała budynek szkoły, lecz obok niego widniały miejsca, których nie znała: schody bez końca, most nad pustką, drzwi w ścianie, której nie powinno tu być.
Otworzyła pierwszą stronę.
Litery poruszyły się pod jej palcami.
Najpierw tylko drgnęły, jakby przesuwane niewidzialnym oddechem. Potem zaczęły układać się w nowe zdania, których wcześniej tam nie było. Z marginesów wystrzeliły cienkie kreski, a z nich wyłoniły się obrazy - nie jak ilustracje, lecz jak wspomnienia czegoś, czego Amelia nigdy nie przeżyła.
Michał cofnął się o krok.
Z kartki uniósł się cień. Najpierw bezkształtny, potem coraz wyraźniejszy, aż w końcu stanął przed nimi ktoś wysoki, odziany w dziwaczny płaszcz, którego brzegi falowały, jakby poruszał je niewidzialny wiatr.
Amelia ścisnęła notatnik mocniej. Ściany pomieszczenia zaczęły się rozmywać, jak mokry tusz rozcierany po papierze. Kamień pod stopami zadrżał. Zamiast piwnicy szkoły zobaczyła nagle otwarty wąwóz, rozcięty światłem i barwami tak intensywnymi, że aż bolały w oczach.
Cień wskazał przed siebie. W powietrzu, tuż nad krawędzią przepaści, pulsowały trzy drzwi, każde prowadzące w inną stronę.
Amelia spojrzała na Michała, a potem na notatnik, który pulsował w jej dłoniach coraz mocniej. W ciemności przed nimi trzy drzwi otworzyły się szerzej.