Między światłem a cieniem

Trójka nastolatków wchodzi nocą do opuszczonej oranżerii i odkrywa szczelinę do świata, który istnieje tuż obok ich własnego. Im dłużej patrzą, tym trudniej się wycofać.

W szkole Oliwii lubiono powtarzać, że najważniejsze są wiedza i odwaga. Tyle że właśnie tych dwóch rzeczy zabrakło jej najbardziej, kiedy stanęła z Maksem i Zośką przed bramą opuszczonej oranżerii.

Od tygodni krążyły o niej plotki. Jedni mówili o dziwnych światłach migających nocą między zardzewiałymi filarami, inni przysięgali, że zza popękanych szyb słychać kroki, choć w środku dawno nie powinno być nikogo. Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, co naprawdę kryło się za brudnymi taflami szkła. Właśnie dlatego przyszli.

Powietrze było ciężkie i wilgotne, przesycone zapachem gnijących liści, starej ziemi i czegoś ostrego, metalicznego, jakby w ciemności rdzewiało coś większego niż sam budynek. Maks pchnął uchyloną furtkę. Zaskrzypiała tak cicho, że ten dźwięk wydał się Oliwii głośniejszy od własnego oddechu.

W środku wszystko brzmiało inaczej. Nawet ich szept odbijał się od połamanych donic, spękanych kafli i powykręcanych konstrukcji pod szkłem, jakby oranżeria nie chciała oddać żadnego dźwięku bez walki. Zośka mocniej ścisnęła dłoń Oliwii.

— Jesteście pewni, że to był dobry pomysł? — wyszeptała.

Oliwia chciała odpowiedzieć, ale wtedy pod kopułą coś zamigotało.

Najpierw był to tylko błysk, cienki jak drgnienie iskry. Potem światło zsunęło się po gałęziach starego fikusa i zatrzymało nad podłogą. W ciemności otworzyła się szczelina. Nie wyglądała jak drzwi ani jak okno. Raczej jak rana w powietrzu, przez którą widać było inny świat.

Za nią połyskiwało jezioro tak gładkie, że zdawało się zrobione ze szkła. Nad wodą krążyły ptaki o zbyt długich skrzydłach, a wzgórza pokrywała trawa w odcieniach niebieskiego i fioletu, jakiego Oliwia nigdy wcześniej nie widziała.

— Widzicie to samo co ja? — spytał cicho Maks.

Zośka tylko skinęła głową. Oliwia nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Serce waliło jej tak mocno, że aż bolały ją żebra, ale strach mieszał się z czymś jeszcze: z zachwytem tak silnym, że aż niepokojącym.

Szczelina rozświetliła się mocniej. Cienie w oranżerii poruszyły się gwałtownie, jakby cały budynek odetchnął. Powietrze zafalowało i zrobiło się nagle ciepłe, niemal przyjazne. Z tamtej strony coś drgnęło. Ktoś albo coś stanęło przy samym brzegu światła i rzuciło długi, cienki cień na podłogę.

Oliwia cofnęła się o krok, ale było już za późno. Niewidzialna siła lekko, niemal uprzejmie, pociągnęła ich wszystkich w stronę szczeliny. A wtedy z drugiej strony rozległ się niski, obcy szept, jakby ktoś właśnie wymówił ich imiona.