Siedemnastoletnia Lena i Nikodem znajdują ukryte drzwi w ruinach starej fabryki. Za nimi czeka przejście do obcego świata, który nie wygląda na pusty.
Czerwcowe wieczory miały w sobie coś podstępnego: jeszcze ciepłe, już przygaszone, jakby noc tylko czekała, aż ostatnie światło odwróci wzrok. Lena lubiła takie miejsca jak stara fabryka na skraju miasta. Ruiny, odpadający tynk, popękane okna i ściany obrośnięte bluszczem dawały jej poczucie, że coś ważnego zostało tu porzucone, ale nie całkiem stracone.
Nikodem szedł kilka kroków za nią, z rękami w kieszeniach, wypatrując śladów tego, co kiedyś działało: kawałka mechanizmu, zardzewiałej śruby, wyblakłego numeru na blasze. Lena ignorowała to, co martwe. Bardziej interesowało ją to, czego nie powinno już być. Kiedy dotarli do największej hali, zatrzymała się nagle. Pod warstwą bluszczu zobaczyła zarys drzwi, zbyt wąskich i zbyt wysokich jak na zwykłe wejście techniczne.
– Widziałeś to? – spytała cicho.
Nikodem podszedł bliżej, odgarnął liście i zmrużył oczy. Drzwi nie miały klamki, tylko metalowy krąg osadzony w środku symbolu przypominającego splątane linie. Wzór nie kojarzył się z żadnym napisem, ale Lena miała wrażenie, że już go kiedyś widziała, choć nie potrafiła powiedzieć gdzie. Najdziwniejsze było to, że metal był lodowaty. Tak zimny, jakby od dawna niczego tu nie dotykało słońce.
Pchnęła skrzydło ostrożnie. Otworzyło się bez oporu, z cichym jękiem, który nie pasował do rozpadającego się budynku. Za progiem nie było kolejnej hali ani ściany. Był korytarz. Ciemny, długi i zbyt prosty, jakby ktoś wyciął go z innego miejsca i wsunął pod fabrykę. Powietrze uderzyło ich chłodem pachnącym mokrym kamieniem i czymś jeszcze, czymś ostrym, metalicznym.
Nikodem spojrzał na Lenę, ale nie zdążył nic powiedzieć. Z głębi przejścia dobiegł rytmiczny odgłos kroków, powolnych i pewnych, jakby ktoś od dawna wiedział, że wejdą właśnie teraz. Po chwili z ciemności wyłoniła się wysoka postać w ciemnym płaszczu. Twarzy nie było widać, tylko połysk medalionu na piersi, identyczny jak symbol na drzwiach.
– Wreszcie – odezwał się głos, cichy i spokojny, aż za spokojny. – Czekaliśmy na was.
Lena poczuła, jak skóra na karku napina się ze strachu. Nikodem zrobił pół kroku do przodu, ale wtedy gdzieś daleko, z samej głębi korytarza, rozdarł ciszę krzyk. Nie brzmiał jak echo. Brzmiał jak ostrzeżenie. A zaraz potem ciemność zaczęła się poruszać.