Lena i Maks wchodzą do opuszczonej willi na obrzeżach miasta i trafiają na lustro, które nie odbija ich twarzy, lecz obcy, niepokojąco żywy świat.
Lena przedzierała się przez zarośla z rosnącą z każdą minutą irytacją, a Maks szedł za nią wolniej, z plecakiem zsuniętym na jedno ramię, jakby cała wyprawa była tylko kolejnym głupim pomysłem, na który zgodził się z rozpędu. Willa na skraju osiedla wyglądała jeszcze gorzej niż na zdjęciach krążących po szkolnym czacie: zabite deskami okna, spękane schody, bluszcz wciskający się w szczeliny muru jak coś, co nie chciało puścić tego miejsca w spokoju. Mimo ciepłego czerwca powietrze przy domu było chłodne i ciężkie.
– Naprawdę nie podoba mi się to miejsce – mruknął Maks.
Lena nie odpowiedziała. Przez ostatni tydzień słyszała zbyt wiele sprzecznych opowieści, żeby teraz zawrócić. Ktoś widział tu światło. Ktoś inny słyszał muzykę. Ktoś przysięgał, że w środku ktoś mieszka. A jednak wszystkie relacje kończyły się tak samo: nikt nie wchodził dalej niż do sieni.
Lena nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły z przeciągłym jękiem, jakby dom nie otwierał się od lat. W środku uderzył ich zapach kurzu, starych desek i wilgoci. Mrok był gęsty, prawie materialny. Przez chwilę stali nieruchomo, wsłuchując się w ciszę tak głęboką, że słychać było własny oddech.
Na końcu korytarza majaczyły schody.
Piętro okazało się jeszcze bardziej przytłaczające. Tapety zwisały płatami ze ścian, a pod nogami skrzypiała podłoga, jakby dom ostrzegał ich przy każdym kroku. Szukali pokoju z opowieści z internetu, choć żadne z nich nie przyznałoby się głośno, że liczy na coś więcej niż potłuczone meble i puste ściany.
Znaleźli go na końcu korytarza.
W rogu stało ogromne lustro w ciemnej, misternie rzeźbionej ramie. Było zbyt okazałe jak na ten dom, zbyt czyste jak na wszystko wokół. Lena podeszła bliżej i zatrzymała się gwałtownie.
W tafli nie zobaczyła swojej twarzy.
Zamiast niej stała tam dziewczyna w długiej srebrnej sukni. Miała jej wzrost, jej postawę i ten sam wyraz napięcia w oczach, ale patrzyła prosto na Lenę tak, jakby widziała ją od dawna.
Maks podszedł o krok i jego odbicie nagle zgasło, jakby coś po drugiej stronie je wciągnęło.
– Lena… – zaczął, ale urwał.
Dziewczyna z lustra uniosła dłoń i delikatnie, niemal błagalnie, przywołała ją bliżej.
Tafla zadrżała. Za plecami obcej dziewczyny rozbłysło blade światło, a potem pojawiły się kolejne sylwetki, nieruchome i zbyt znajome, jakby ktoś po drugiej stronie umiał korzystać z cudzych twarzy. W tej samej chwili rama lustra zaczęła pulsować pod palcami Leny chłodem, który przeszył ją aż do łopatek.
Z głębi szkła dobiegł szept. Potem drugi. Coraz wyraźniejszy.