Międzygwiezdny Przejazd

Trójka licealistów zostaje po lekcjach w szkole i trafia pod laboratorium na ukryte drzwi. Za nimi czeka portal do obcego świata, a ktoś jeszcze porusza się w ciemności.

Szkoła imienia Kopernika zawsze wyglądała zwyczajnie. Szare korytarze, skrzypiące drzwi, ten sam zapach kredy i kurzu, który wżerał się w ubrania. Dopiero po zmroku budynek przestawał udawać, że jest tylko szkołą. Wtedy każdy odgłos odbijał się od ścian za długo, a cisza stawała się zbyt gęsta.

Lena, Igor i Maks zostali po lekcjach, żeby skończyć projekt z fizyki. Nauczyciel już wyszedł, woźny zamknął większość pięter, a na parterze świeciła tylko jedna lampa nad wejściem. Brakująca część do modelu rakiety miała leżeć w piwnicy, pod laboratorium, w starym magazynku, do którego nikt nie zaglądał od miesięcy.

Lena nie przepadała za piwnicami. Schody w dół wydawały się zbyt strome, a powietrze robiło się tam zimne i wilgotne, jakby budynek oddychał pod ziemią. Maks szedł pierwszy z latarką w telefonie, a Igor, jak zwykle niecierpliwy, co chwila zaglądał im przez ramię.

– To tylko pudełko z gratami – mruknął, ale jego głos odbił się od ścian zbyt ostro, zbyt donośnie.

Kiedy zeszli niżej, Lena zauważyła coś, co nie pasowało do reszty piwnicy. Za starą szafą na mopy sączyła się cienka linia światła. Nie była żółta jak zwykła żarówka ani biała jak latarka. Miała w sobie chłodny, niebieskawy połysk, jakby ktoś przeciął ciemność ostrzem.

– Widzę to samo? – szepnęła Lena.

Maks przyspieszył kroku. Igor bez słowa chwycił za róg szafy i odsunął ją z jękiem metalu ocierającego o beton.

Pod spodem nie było ściany.

W podłodze tkwiły żelazne drzwi, obłe na brzegach, jakby wylano je tu dawno temu i potem zapomniano o całym miejscu. Na powierzchni migotały znaki, których Lena nie potrafiła odczytać. Jedne przypominały symbole z książki do matematyki, inne wyglądały jak coś zapisanego przez kogoś, kto nigdy nie widział zwykłego alfabetu.

Maks przykucnął, przesunął palcem nad jednym z nich i zmarszczył brwi.

– To nie jest przypadkowe – powiedział cicho. – To wygląda jak… wzór. Tyle że nie z naszej fizyki.

Lena poczuła, jak po plecach przebiega jej dreszcz.

Igor już kładł dłoń na klamce.

– Nie ruszaj tego – syknęła.

Za późno.

Metal zaskrzypiał, a drzwi otworzyły się bez oporu, odsłaniając spiralne schody prowadzące w dół, głębiej, niż powinna sięgać szkolna piwnica. Z wnętrza uderzył ich szum, jakby przez podziemny tunel pędził wiatr, a gdzieś bardzo daleko coś pulsowało równym, niskim dźwiękiem.

Na końcu schodów migotał niebieski blask.

Schodzili ostrożnie, z rękami opartymi o ścianę, jakby beton mógł ich zatrzymać, gdyby nagle przyszli na myśl uciec. Kiedy dotarli na dół, stanęli jak wryci.

W pustym, ciemnym pomieszczeniu wirowała przezroczysta tafla, gładka jak woda i jednocześnie niemożliwa do pomylenia z czymkolwiek znanym. Po jej powierzchni przepływały błyski fioletu i srebra, a w środku odbijało się niebo, którego tu nie było: obce, głębokie, przecięte trzema księżycami.

– Portal… – wydusił Maks.

Lena patrzyła bez tchu, próbując zdecydować, czy to, co czuje, jest zachwytem, czy strachem. Może jednym i drugim naraz.

Igor zrobił krok w stronę migoczącej membrany.

– A jeśli to jest przejście? – zapytał, a w jego głosie nie było już żartu.

W tej samej chwili coś poruszyło się za ich plecami. Nie głośno. Prawie niezauważalnie. Tylko cień przesunął się po ścianie tam, gdzie przed chwilą nikogo nie było.

Lena odwróciła się pierwsza i zobaczyła, że na schodach ktoś stoi w ciemności.