Siedemnastoletnia Lena odkrywa w starej kamienicy ukryte przejście do drugiego świata. Gdy spotyka tajemniczego chłopaka, zwykła ciekawość zamienia się w niepokojącą zagadkę.
Deszcz nie padał, tylko walił w parapet jak ktoś, kto nie zamierza odejść. Lena stała przy zakurzonym oknie i patrzyła na podwórze rozpływające się w mlecznej mgle. Tydzień w starej kamienicy wystarczył, żeby dom zaczął żyć własnym rytmem: nocą trzaskały rury, podłogi jęczały pod czyimś krokiem, choć na korytarzu nikogo nie było, a z ciemnych zakamarków dobiegały dźwięki, których nie dało się przypisać ani ludziom, ani budynkowi.
Wracała z biblioteki wcześniej niż zwykle, z mokrymi rękawami i głową pełną pytań, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. W kieszeni kurtki trzymała mały mosiężny klucz, wydobyty spod luźnej deski na strychu. Był cięższy, niż powinien, jakby ktoś odlał go nie po to, by cokolwiek otwierał, ale żeby coś zamykać.
Kiedy znalazła się na trzecim piętrze, zwolniła. Korytarz był pusty, zbyt długi i zbyt cichy, a na końcu, niemal znikające w kolorze popękanej farby, stały drzwi, których wcześniej nie widziała. Nie miały numeru. Nie miały nawet klamki, tylko stary zamek, cienką kreskę ciemności w drewnie i chłód, który wydobywał się spod progu.
Lena wsunęła klucz do środka. Pasował od razu.
Zamek ustąpił bez oporu, jakby czekał właśnie na nią. Drzwi otworzyły się z cichym jękiem, a z wnętrza wypłynęło lodowate powietrze, tak nagłe, że Lena cofnęła się o krok. Za progiem nie było pokoju ani schowka. Prowadził dalej wąski korytarz, zawieszony w półmroku, kończący się czymś, co wyglądało jak ogromne lustro o spękanej powierzchni.
Szkło nie odbijało światła. Falowało. Pulsowało. Jakby po drugiej stronie coś oddychało.
Lena zrobiła jeden krok, potem drugi. W odbiciu zobaczyła siebie, ale obraz był o ułamek sekundy opóźniony. Dziewczyna po drugiej stronie poruszyła się inaczej, zbyt płynnie, zbyt pewnie. Jej oczy rozbłysły bladym, fioletowym światłem, którego Lena nie miała prawa widzieć.
Za plecami usłyszała szybkie kroki.
Odwróciła się gwałtownie i stanęła twarzą w twarz z chłopakiem mniej więcej w jej wieku. Był blady, miał potargane ciemne włosy i spojrzenie, które nie pasowało do zwykłego przypadkowego spotkania. Patrzył najpierw na nią, potem na lustro, jakby widział w nim coś, czego Lena jeszcze nie pojęła.
– Ty też to widzisz? – zapytał szeptem.
Z wnętrza szkła dobiegł krzyk. Przenikliwy, obcy, zbyt bliski.
Cała kamienica zadrżała, jakby pod jej fundamentami coś się poruszyło. Lustro pociemniało, a powierzchnia zaczęła wciągać światło i powietrze. Lena poczuła szarpnięcie w piersi, nagłe i nie do odparcia, jakby niewidzialna dłoń chwyciła ją za nadgarstek od środka drugiej strony.
Chłopak rzucił się do przodu, wyciągając rękę.
Ich palce minęły się o włos.
A potem Lena runęła w zimną, lepką czerń po drugiej stronie lustra.