Międzyświaty: Przejście w bibliotece

Leon i Zosia odkrywają ukryte przejście w szkolnej bibliotece. Za nim czeka świat z czarnego szkła i zagadka, która może zdecydować, czy jeszcze wrócą.

Leon od pierwszej klasy miał wrażenie, że jego szkoła nie pokazuje wszystkiego. Najbardziej przyciągały go stare korytarze, drzwi prowadzące do zamkniętych magazynów i biblioteka, najstarsza część budynku, gdzie powietrze pachniało kurzem, papierem i czymś jeszcze, czego nie umiał nazwać. Między regałami ustawionymi aż pod sufit czas zdawał się zwalniać, jakby tamte ściany pamiętały więcej niż ludzie.

W piątkowy wieczór szkoła dawno już opustoszała. Słońce zniknęło za boiskami, a Leon i Zosia zostali po godzinach pod pretekstem pomagania pani Joli przy porządkach. Oboje wiedzieli, że to tylko wygodny kłamstewko. Szukali czegoś, co przerwie szkolną rutynę. Czegoś, co wytrąci ich z przewidywalnego świata. Nie przypuszczali, że znajdą to tak szybko.

Zosia odsunęła ciężki tom „Labirynty Czasu”, a z najciemniejszego kąta biblioteki popłynął chłodny przeciąg, jakby ktoś uchylił niewidzialne okno. Leon podszedł do regału z metalową tabliczką „Zbiory specjalne”. Tuż przy podłodze zauważył w ścianie cienką, pionową szczelinę. Nie wyglądała jak pęknięcie. Wyglądała jak granica.

Wsunął w nią palce. Ściana drgnęła i odchyliła się bezgłośnie jak ciężkie drzwi. Za nią czekał wąski, ciemny korytarz, a na jego końcu pulsowała granatowa poświata. Leon włączył latarkę w telefonie. Zosia stanęła obok, tak blisko, że poczuł jej napięty oddech.

„Idziemy?” wyszeptała.

Leon miał już odpowiedzieć, kiedy z głębi przejścia dobiegł ich głos. Cichy, spokojny, zbyt bliski, by należeć do kogoś niewidzialnego.

„Witajcie. Próba zaczęła się wcześniej, niż myśleliście.”

Ruszyli naprzód. Korytarz ciągnął się dłużej, niż powinien, jakby szkoła nagle rozciągnęła się w coś znacznie większego. Gdy dotarli do poświaty, stanęli w ogromnej sali o ścianach z czarnego szkła. Pośrodku unosił się kryształ z wirującymi smugami światła, a w jego powierzchni odbijały się ich twarze. Nie tylko te, które znali. Starsze. Młodsze. Obce.

Wtedy pod ich stopami rozległ się suchy trzask.