Międzywymiarowa księga Antoniego

Antoni znajduje na strychu dziadka granatową księgę, która otwiera przejście do dziwnego, pięknego świata pełnego znaków i tajemnic. Gdy pojawia się nieznajomy, wszystko zaczyna się robić jeszcze bardziej niezwykłe.

Antoni najbardziej lubił strych dziadka wtedy, gdy za oknami robiło się szaro i padał deszcz. Na dole pachniało herbatą i starym drewnem, a tutaj, pod skośnym dachem, świat wyglądał inaczej niż wszędzie indziej. Pomiędzy skrzyniami, mapami, zegarami bez wskazówek i pudłami pełnymi pożółkłych listów można było znaleźć rzeczy, o których nikt już nie pamiętał.

Tamtego sobotniego popołudnia burza stukała w dach tak głośno, jakby ktoś biegał po blachach. Antoni wspiął się po schodkach z latarką w ręce i przeciskał się między meblami, aż nagle coś przyciągnęło jego wzrok. Na najwyższej półce, częściowo zasłonięta starym obrusem, leżała niewielka granatowa księga. Miała twardą okładkę i srebrny symbol pośrodku. Antoni zmarszczył brwi. Na pewno wcześniej jej tu nie było.

Zdjął książkę ostrożnie, jakby mogła się rozsypać od samego dotyku. Usiadł na skrzyni, otrzepał z okładki kurz i otworzył ją na pierwszej stronie. W środku nie było zwykłych liter. Zamiast nich ciągnęły się rzędy znaków podobnych do węży, gwiazd i cienkich gałązek. Antoni przesunął palcem po jednym z nich.

W tej samej chwili papier pod jego dłonią zadrżał.

Latarka zamigotała. Wiatr uderzył w okno. Strony księgi zaczęły przewracać się same, coraz szybciej, aż świat wokół chłopca rozmył się jak mokry rysunek. Antoni zdążył jeszcze wciągnąć powietrze, kiedy podłoga zniknęła mu spod nóg.

Spadł tylko na moment, może na sekundę, ale kiedy otworzył oczy, leżał już na miękkiej, ciepłej trawie. Nad nim nie było sufitu ani belek strychu. Zamiast tego rozciągało się szerokie, jasne niebo, a wokół rosły błękitne drzewa o srebrnych liściach. W powietrzu unosiły się świetliste motyle, a gdzieś daleko połyskiwał zamek, jakby wykuty z księżycowego blasku.

Obok niego leżała granatowa księga. Jej strony same się otworzyły i zaczęły świecić delikatnym światłem. Z papieru wypłynął wir obrazów: wieże, mosty, nieznane znaki i twarz kogoś, kogo Antoni jeszcze nie znał.

Wtedy zza pnia jednego z drzew wysunęła się wysoka postać w płaszczu utkanym z liści. Miała bursztynowe oczy i patrzyła na chłopca tak, jakby naprawdę na niego czekała.

– Wreszcie jesteś, Antoni – powiedziała cicho.

Chłopiec zacisnął dłoń na okładce księgi. Postać zrobiła krok bliżej, a światło na jej płaszczu drgnęło jak płomień.

– Tylko ty możesz otworzyć to przejście do końca.