Anka i Michał trafiają nocą na opuszczony dworzec, gdzie w dawnej poczekalni pulsuje obce światło. Z każdą sekundą portal staje się wyraźniejszy, a z jego wnętrza ktoś zdaje się ich wołać.
Był chłodny, mglisty wieczór, kiedy Anka i Michał dotarli na opuszczony dworzec kolejowy na skraju miasta. Ceglana hala stała tam jak wyrwany z przeszłości fragment czegoś większego: okna zabite deskami, tynk odpadający płatami, bluszcz wciskający się w pęknięcia murów. W dzień miejsce wyglądało jak ruina. Po zmroku miało w sobie coś gorszego niż zapomnienie.
Michał zatrzymał się przy wyłamanych drzwiach i uniósł latarkę.
Anka parsknęła, ale w jej głosie nie było pewności.
Przeszli przez wejście ostrożnie, omijając szkło rozsypane na posadzce. W środku panował chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą. Echo ich kroków wracało zbyt długo, jakby hala próbowała powtórzyć każdy ruch i zapamiętać ich obecność. Z dawnej poczekalni dobiegał ledwie słyszalny szum, niepodobny do wiatru ani do prądu.
To Michał pierwszy zauważył blask.
Zatrzymał się w pół kroku, a Anka niemal na niego wpadła.
Weszli do poczekalni razem. Na popękanych płytkach, dokładnie pośrodku pomieszczenia, pulsował krąg światła. Nie był żółty ani biały. Miał odcień, którego nie umieli nazwać, jakby mieszał w sobie księżyc, wodę i coś jeszcze, coś zimnego i obcego. Powietrze nad nim falowało, drżało, zagęszczało się i cofało, jak oddech czegoś ogromnego uwięzionego pod cienką błoną świata.
Anka przystanęła tak nagle, że aż zacisnęła palce na pasku plecaka.
Nie odpowiedział od razu. Patrzył w środek światła z twarzą napiętą jak przed skokiem do lodowatej wody.
Na ścianach poczekalni zaczęły przesuwać się cienie, choć nigdzie nie było źródła światła poza tym jednym kręgiem. Smugi ciemności wyginały się nienaturalnie, jakby coś po drugiej stronie poruszało się tuż przy powierzchni i szukało szczeliny.
Wtedy usłyszeli szept.
Najpierw jeden, urwany, niemal wtopiony w szum. Potem drugi. A potem wyraźnie, z wnętrza kręgu, ktoś wypowiedział ich imiona.
Anka cofnęła się o krok. Michał nie ruszył się z miejsca, ale latarka w jego dłoni zadrżała tak mocno, że snop światła rozciął kurz i zgasł na ścianie.
Krąg rozbłysnął gwałtowniej. Przez ułamek sekundy zobaczyli po drugiej stronie fragment innego miejsca: ciemny korytarz, mokre, lśniące ściany i zarys czyjejś sylwetki stojącej nieruchomo w półmroku.
A potem tamta postać uniosła głowę i spojrzała prosto na nich.