Migotanie

Czworo przyjaciół spędza noc w ruinach starego dworu w Księżym Lesie, gdzie zwykły biwak szybko zamienia się w próbę odwagi, a za pękniętym lustrem zaczyna drżeć coś, czego nie da się zignorować.

Cisza w ruinach nie była prawdziwa. Miała w sobie szelest owadów, skrzypienie starych belek i coś jeszcze, ledwie uchwytnego, jakby sam dwór oddychał przez popękane mury. Marta stała przed drzwiami do sali balowej i przez chwilę żałowała, że w ogóle zgodziła się tu przyjechać.

Miał to być zwykły biwak. Namioty rozbite na skraju parku, termos z herbatą, gitara, parę głupich żartów i legenda o duchach, którą da się opowiedzieć tylko po to, żeby potem samemu się z niej śmiać. Tyle że Księży Las nie nadawał się do śmiechu. Gdy tylko weszli między ruiny, każdy z nich spoważniał, jakby stare mury wyciągały z człowieka rzeczy, których nie chciał pokazywać nawet przyjaciołom.

Mateusz ściskał w dłoni dwie świece znalezione na strychu. Julia bezwiednie obracała na palcu cienki pierścionek, a jej wzrok uciekał w stronę ciemnych korytarzy. Olek, zwykle pierwszy do wygłupów, stał z zaciśniętą szczęką i patrzył przed siebie tak uparcie, jakby nie chciał przyznać, że też czuje ten chłód pod skórą. Marta zauważyła leżący przy ścianie kawałek lustra. Złapał światło latarki i odbił je prosto w jej twarz. Odruchowo cofnęła się o krok.

– Wchodzimy czy stoimy tu do rana? – rzucił Olek, ale nawet on nie zabrzmiał pewnie.

– Najpierw sprawdźmy, czy podłoga nas wytrzyma – mruknęła Julia.

Marta chciała odpowiedzieć czymś ostrym, żeby rozładować napięcie, lecz w gardle miała tylko suchy, ciasny ucisk. Nie bała się potworów z opowieści. Bała się tego, co przychodziło wcześniej: ciszy po kłótni, spojrzeń, których nikt nie potrafił wytrzymać, i chwili, gdy człowiek nagle orientuje się, że obok niego stoją ludzie, których nie zna tak dobrze, jak mu się wydawało.

Mateusz pchnął drzwi. Z wnętrza wypłynął zimny przeciąg i zapach wilgoci, tak ciężki, jakby przez lata nikt tam nie oddychał. Świece w jego dłoni zamigotały. Przez ułamek sekundy Marta zobaczyła środek sali balowej i wielkie, spękane zwierciadło stojące przy ścianie. W jego powierzchni coś drgnęło.

Nie ich odbicie.

Wszyscy zamarli, kiedy z lustra dobiegł cichy, metaliczny trzask, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie dotknął szkła.