W Liceum Komedii ktoś zaczyna urządzać psikusy, które wyglądają na żart, ale pachną czymś znacznie większym. Nadia, Bartek i Zosia wpadają na trop mikrochipu, który nie powinien istnieć.
Siódma rano w Liceum Komedii im. Stanisława Barei miała swój własny zapach: kawa z automatu, kreda, mokre kurtki i coś jeszcze, jakby ktoś całą noc ćwiczył w korytarzu zły dowcip. Nadia stała przy swojej szafce i szarpała się z zamkiem, który postanowił udawać martwy. Kiedy w końcu puścił, drzwi odskoczyły z takim impetem, że omal nie straciła okularów.
— Świetnie. Szafka też ma mnie dość — mruknęła.
Wtedy obok przemknął Bartek, ze spoconą grzywką, kieszeniami wypchanymi przewodami i miną człowieka, który właśnie wpadł na pomysł, po czym natychmiast powinien mu go odebrać rozsądek. Ostatnio próbował zrobić długopis z funkcją „na każdą sytuację”, ale skończyło się to eksplozją tostów w stołówce i serią bardzo długich spojrzeń pani dyrektor.
— To nie był eksperyment, tylko test wytrzymałościowy — rzucił w biegu.
— Dla kogo? Dla tostów? — Nadia uniosła brew.
Zanim Bartek odpowiedział, pojawiła się Zosia, z telefonem w jednej ręce i kubkiem herbaty w drugiej. Miała ten wyraz twarzy, który oznaczał, że właśnie wymyśliła mem tak dobry, że pół klasy będzie się z niego śmiać do końca tygodnia.
— Słyszałam, że ktoś w nocy wrzucił do systemu szkolnego serię „żartów technicznych” — powiedziała ciszej. — I nie wygląda to na zwykłe wygłupy.
Nadia miała już odpowiedzieć, kiedy drzwi od sali fizyki otworzyły się z hukiem. Wypadł z nich pan Borys, w zbyt jaskrawym fioletowym krawacie i z miną człowieka, który przegrał spór z własnym kalkulatorem.
— Kto widział mój kalkulator kwantowy? — zapytał nerwowo. — I niech nikt nie mówi, że „sam się gdzieś schował”. On potrafi znikać tylko w teorii.
Nie zdążył dokończyć, bo z całego korytarza jednocześnie rozległ się trzask otwieranych szafek. Po sekundzie z metalowych wnęk wysypały się kilogramy popcornu. Zasypały podłogę, buty, plecaki i wściekłe spojrzenie pani woźnej, która właśnie nadchodziła z kubkiem herbaty.
Przez chwilę wszyscy stali jak zahipnotyzowani. Nadia spojrzała na Bartka, Bartek na Zosię, Zosia na sufit, jakby odpowiedź miała spaść z lampy. Ale wtedy na tablicy ogłoszeń, tej przy wejściu do biblioteki, pojawiły się czarne litery, choć nikt przy niej nie stał:
„TO DOPIERO POCZĄTEK. CIEKAWI, KTO NASTĘPNY?”
Bartek pobladł pierwszy.
— Ja nie mam z tym nic wspólnego — powiedział za szybko.
— Właśnie dlatego zaczynam się bać — odparła Nadia.
Trop prowadził prosto do pracowni robotyki, gdzie podobno ktoś ostatnio zamawiał nietypowe mikroelementy i dziwnie upierał się przy zamkniętych drzwiach. Kiedy we troje pchnęli wejście, w środku panowała cisza tak gęsta, że aż drażniła w gardle. Dopiero zza stosu kabli dobiegł ledwie słyszalny szelest.
A potem ktoś w kapturze podniósł głowę i powiedział ich nazwiska.