W starych zaułkach miasta Emilia, Kuba i Michał trafiają na tajemniczą pracownię krawiecką, której wnętrze zdaje się przeczyć zwykłej logice i nie chce ich wypuścić bez odpowiedzi.
Ostatnia latarnia przy ulicy Półcieni przygasła dokładnie wtedy, gdy Emilia, Kuba i Michał skręcili w wąski, zarośnięty zaułek. Pod butami miałcząco skrzypiał mokry bruk, a cienie między obdrapanymi murami układały się w coś, co nie wyglądało już tylko jak noc.
To była dzielnica sklepików, które dawno przestały działać, i właśnie tutaj miał podobno istnieć stary warsztat krawiecki. Mówiono o nim szeptem, jak o miejscu, do którego lepiej nie zaglądać po zmroku. Emilia zatrzymała się na chwilę i ściszyła głos.
„Ktoś przysięgał, że widział przez okno garnitur poruszający się sam z siebie na wieszaku”.
Kuba prychnął, ale spojrzał na ciemny koniec ulicy z wyraźnym niepokojem. Michał, najstarszy z nich, zrobił krok naprzód, choć i jemu skóra lekko cierpła od chłodu, który nie miał nic wspólnego z pogodą.
Niski budynek stał jakby wciśnięty między dwa wyższe domy. Drzwi, zasnute pajęczynami, były uchylone na szerokość dłoni. Za brudną szybą tliło się światło, żółte i nieruchome, jakby ktoś naprawdę czekał w środku na ich przyjście.
Kuba pierwszy położył rękę na klamce. Drewno jęknęło cicho, prawie jak ostrzeżenie. Gdy weszli do środka, uderzył ich zapach kurzu, lawendy i czegoś jeszcze, ostrego, metalicznego, jak świeżo przecięta nić.
W półmroku majaczyły manekiny przykryte płaszczami. Za nimi coś się poruszyło.
Z cienia wysunęła się wysoka sylwetka w kapeluszu i długim płaszczu. Stanęła nieruchomo naprzeciwko nich, jakby znała ich od dawna. Głos, który zabrzmiał chwilę później, był spokojny, lecz nieprzyjemnie bliski.
„Nie spodziewałem się gości tak późno. Jeśli przyszliście po odpowiedzi, musicie wiedzieć, że to miejsce nie oddaje ich za darmo.”
Emilia zamarła. Kuba cofnął się o pół kroku. Michał odwrócił głowę, bo coś zaszeleściło między manekinami, a z ciemności dobiegł ledwo słyszalny szept, jakby ktoś powtarzał ich imiona.