Trójka studentów zostaje po godzinach w starej bibliotece i natrafia na księgę, której obecność zaczyna niepokojąco splatać się z ich własnymi nazwiskami.
Stare korytarze uniwersytetu pustoszały szybko, jakby sama noc wypierała z nich ostatnich ludzi. Na trzecim piętrze biblioteki zostało już tylko troje studentów: Julia, Roman i Mateusz. Każde przyszło tu z innego powodu. Julia od godzin wkuwała się do egzaminu z historii sztuki, Roman próbował wycisnąć z ciszy pomysł na opowiadanie, a Mateusz po prostu lubił to dziwne napięcie, które pojawiało się tylko wtedy, gdy światło było zbyt słabe, a regały zbyt wysokie.
Było późno, cicho i za chłodno jak na maj. Powietrze pachniało kurzem, starym papierem i czymś jeszcze, czego żadne z nich nie potrafiło nazwać. Właśnie wtedy Mateusz przystanął przy jednym z regałów. Zmrużył oczy, pochylił się i dotknął drewnianego boku półki.
— To się rusza — powiedział półgłosem.
Julia odwróciła się pierwsza. Roman spojrzał na niego z miną kogoś, kto już żałuje, że nie poszedł do domu piętnaście minut wcześniej. Mateusz nacisnął jeszcze raz, mocniej, i wtedy w cieniu, niemal bezgłośnie, wysunęła się wąska szuflada. Tak mała, że można ją było uznać za wadę mebla. W środku leżała księga oprawiona w ciemną skórę, ciężka, stara i całkowicie pozbawiona tytułu.
— Wygląda jak coś, czego nie powinno tu być — szepnęła Julia.
Mateusz już ją podnosił. Okładka była zimna, jakby leżała gdzieś w wilgoci, a nie między grzbietami książek. Otworzył tom na pierwszej stronie i wszyscy troje pochylili się nad wyblakłym, odręcznym napisem: „Kto przeczyta te słowa, musi być gotów na konsekwencje. Wiedza ma swoją cenę”.
— Super — mruknął Roman z nerwowym uśmiechem. — To brzmi jak bardzo zły pomysł.
Julia przewróciła kartkę, zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Kolejne strony były pełne symboli, szkiców i ciągów cyfr zapisanych z nienaturalną precyzją. Niektóre znaki przypominały układy gwiazd, inne wyglądały jak szyfry z marginesów cudzych notatek. Im dalej, tym bardziej zapis stawał się osobisty. Pod koniec pojawiały się już nazwiska.
Najpierw obce. Potem znajome.
Mateusz zesztywniał. Wpatrywał się w jedną ze stron tak długo, że Roman zabrał mu księgę niemal siłą. Na pożółkłym papierze, między symbolem przypominającym zamknięte oko a datą zapisaną na czerwono, widniało jego imię.
Julia cofnęła się o krok, kiedy znalazła własne. Tuż obok było coś, co wyglądało jak krótka adnotacja. Mateusz, wciąż blady, odnalazł swoje nazwisko ponownie. Pod nim ciągnęła się linijka drobnych znaków i data, która nie miała prawa jeszcze nic znaczyć.
Za oknem nagle zawył wiatr. W tej samej chwili światło nad ich głowami zamigotało raz, drugi, trzeci. Roman zamknął księgę odruchowo, ale pod szafą odezwał się niski, głuchy dźwięk, jakby coś ciężkiego przesunęło się po podłodze od środka.
Wszyscy troje spojrzeli w tamtą stronę.