W Neonowym Mieście troje młodych dorosłych odkrywa, że ich moce nie są odosobnionym przypadkiem. Zanim zdążą zrozumieć, co to znaczy, na dachu pojawia się ktoś, kto może znać ich sekret.
Neonowe Miasto nie znało ciszy. Szklane wieże świeciły chłodnym blaskiem, reklamy rozcinały noc pulsującymi barwami, a z ulic poniżej wznosił się nieustanny szmer aut, dronów i odległej muzyki, która nigdy nie cichła do końca.
Na dachu starego centrum handlowego, wciśniętego między nowe wieżowce jak relikt po cudzej epoce, spotkali się tylko oni: Weronika, Kacper i Nadia. Miejsce dawno przestało być częścią miasta. Po wielkiej awarii prądu, o której wciąż krążyły sprzeczne plotki, budynek zaczął pękać, rdzewieć i pustoszeć. Nikt normalny nie zaglądał tu po zmroku. Właśnie dlatego wracali.
Weronika postawiła na betonie stalowy walec. Był gładki, zimny i nienaturalnie ciężki, a jednak pulsował światłem, jakby oddychał razem z nią. Przez chwilę tylko patrzyła na swoich przyjaciół, po czym nacisnęła ukryty punkt na obudowie.
Świat wokół nich zafalował.
Mgła spłynęła po dachu gęstą, srebrną zasłoną, ale nie zasłaniała im widoku. Dla reszty miasta powinni być niewidzialni. Dla nich wszystko stało się ostrzejsze, bliższe, bardziej niepokojące. Nadia zacisnęła dłonie i między jej palcami przemknęły blade błękitne iskry. Kacper odruchowo wciągnął powietrze; od razu poczuł więcej niż przedtem: drżenie stali pod stopami, odległy rezonans wind, nawet rytm własnego pulsu, zbyt wyraźny, jakby coś w nim właśnie się przebudziło.
Od kilku dni mieli pewność, że nie są jedynymi, którzy czegoś doświadczają. W szybach odbijały się sylwetki, których nie było za plecami. Telefony wyrzucały krótkie wiadomości bez nadawcy. Na ekranach pojawiały się znaki, których nikt z nich nie potrafił wyjaśnić. Za każdym razem, gdy próbowali to zignorować, napięcie wracało mocniej.
Weronika odsunęła dłoń od walca. Jej głos był cichy, ale w tej ciszy brzmiał jak ostrze. „Dziś wam pokażę wszystko” - powiedziała. „Ile z nas naprawdę istnieje. I kto jeszcze patrzy.”
Z klatki schodowej dobiegł nagły łomot.
Nadia odwróciła się pierwsza. Drzwi wejściowe, do tej pory zaryglowane i pogrążone w półmroku, ustąpiły powoli, jakby ktoś naciskał je od środka bez najmniejszego pośpiechu. Na dach wszedł człowiek w długim płaszczu. Twarz miał ukrytą w cieniu, lecz jego kroki były zbyt pewne, zbyt spokojne, jak na kogoś, kto przypadkiem znalazł się w takim miejscu.
Weronika ścisnęła walec mocniej. Światło w jego wnętrzu przyspieszyło.
Nieznajomy zatrzymał się kilka metrów od nich i uniósł głowę, jakby doskonale wiedział, kogo znalazł.
A potem odezwał się głos z ciemności: „Wreszcie.”