Mrok pod Starą Biblioteką

Maja, Tomek i Karol trafiają na ślad ukrytych podziemi pod zabytkową biblioteką i otwierają drzwi, za którymi czeka coś, czego nikt nie powinien był odnaleźć.

Gdy zegar na wieży wybił północ, Maja odłożyła ostatnią książkę na stos przeznaczony do katalogowania i przetarła palcami skroń. W Starej Bibliotece nawet cisza miała tu swoją wagę: osiadała między regałami jak kurz, skrzypiała pod stopami i zdawała się oddychać razem z budynkiem. Od tygodni pracowali tu jako wolontariusze, a jednak każdej nocy odkrywali coś, co umykało im za dnia.

Tomek siedział naprzeciwko, pochylony nad kartą inwentarzową, jakby odczytywał z niej jakiś ukryty sens. Karol, jak zwykle, spóźniał się bez słowa wyjaśnienia. Pani Zofia dawno zeszła już na zaplecze, zostawiając im resztę porządków i to swoje dziwne, długie spojrzenie, które zawsze zatrzymywało się na schodach prowadzących do piwnicy.

— Nadal myślisz o tych tunelach? — szepnęła Maja, nie odrywając wzroku od ciemnego korytarza między regałami.

— Jeśli istnieją, ktoś zrobił wszystko, żeby ich nie znaleźć — odparł Tomek. — To zwykle znaczy, że warto szukać.

W tej samej chwili drzwi od zaplecza uchyliły się z cichym jękiem. Do środka wszedł Karol, dysząc lekko, z triumfalnym błyskiem w oczach. W jednej dłoni trzymał zardzewiały klucz, w drugiej pożółkły arkusz papieru z odciśniętymi, poszarpanymi liniami.

— Zgubiłem się w magazynie — powiedział, zanim zdążyli go skarcić. — A potem znalazłem to.

Maja wzięła kartkę ostrożnie. Na papierze był plan, którego nie powinna była znać żadna osoba pracująca w bibliotece. Pod jedną z piwnicznych ścian widniał znak przypominający runę, ten sam, który od kilku dni powracał w ich rozmowach jako bezsensowna legenda z miejskich opowieści.

— To nie jest zwykły szkic — wyszeptała. — To wskazówka.

Nie powiedzieli już nic. Z latarkami w dłoniach zeszli po schodach do piwnicy, gdzie powietrze było chłodniejsze, cięższe, przesycone zapachem starych desek i wilgotnego kamienia. Za rzędem zakurzonych tomów, niemal wtopione w ścianę, znaleźli żelazne drzwi. W ich środku tkwił symbol z planu.

Tomek wsunął klucz do zamka. Zgrzyt zabrzmiał zbyt głośno w zamkniętej przestrzeni. Przez moment nic się nie działo, po czym drzwi ustąpiły z przeciągłym jękiem, wypuszczając na zewnątrz strumień lodowatego powietrza.

Za progiem nie było schowka ani piwnicy. Rozciągał się tam wąski korytarz, czarny jak studnia, ciągnący się w głąb ziemi tak daleko, że światło latarek nie potrafiło sięgnąć jego końca.

I wtedy z mroku dobiegł ich cichy dźwięk, jakby ktoś po drugiej stronie właśnie poruszył się i czekał, aż wejdą dalej.