Muzeum Snów

Nocą wystawy w Muzeum Snów zmieniają się same, a Lena trafia do miejsca, w którym cud i groza mają ten sam zapach.

Był środek lata, kiedy Lena po raz pierwszy stanęła przed Muzeum Snów. Gmach wyrastał z mroku jak stara, porzucona katedra: wysoki, ciężki, milczący. Kiedy dotknęła ogromnych drzwi, drewno jęknęło tak głęboko, jakby obudziła coś, co od dawna nie chciało być budzone. Miała wrażenie, że ściany nie tyle stoją, ile oddychają — raz chłodne i chropowate, raz gładkie jak wypolerowany kamień.

Zaproszenie przyszło pocztą bez adresu nadawcy. Tylko złoty klucz, cienki papier i jedno zdanie: „Przyjdź, jeśli potrafisz marzyć”. Przez całą drogę Lena myślała, że to żart albo pomyłka. Teraz jednak klucz leżał ciężko w jej dłoni, jakby należał do tego miejsca bardziej niż ona sama.

Gdy przekroczyła próg, na języku poczuła smak porannej rosy. Z pustego korytarza dobiegł ją cichy szmer głosów, urywany i niepokojąco bliski, choć nikogo nie było w zasięgu wzroku. Półmrok rozcinały świeczki unoszące się tuż nad posadzką; płynęły przed nią spokojnie, jakby znały drogę lepiej niż każdy przewodnik. Zatrzymały się dopiero przed wielkimi drzwiami z wyrytym napisem „Fantasmagorie”. Lena pchnęła je bez namysłu.

Sala była pełna szklanych gablot. Zamiast eksponatów wirowały w nich barwne mgły, drgające od środka jak żywe. W jednej zobaczyła siebie na szczycie góry, w innej — nad ciemnym morzem, z rozpostartymi ramionami i wiatrem tak silnym, że aż zabierał oddech. To nie były obrazy. To były sny. Cudze, cudownie obce, a jednak zbyt intymne, by patrzeć na nie bez wstydu. Nad gablotami unosiła się wysoka kobieta o srebrnych włosach i oczach, w których odbijały się całe lata nieopowiedzianych historii.

— Każdy, kto tu wchodzi, zostawia po sobie ślad marzenia — powiedziała cicho Dyrektorka. — A dziś jedna z wystaw zmienia się szybciej, niż powinna.

Lena chciała zapytać, co to znaczy, ale w gardle utknęło jej własne imię. Kobieta skinęła na nią tylko raz i ruszyła dalej przez kolejne komnaty, między portretami śniących dzieci, lustrami pokazującymi nieznane twarze i mapami miejsc, których nie było na żadnej ziemskiej planecie. Im głębiej schodziły, tym bardziej powietrze gęstniało od napięcia. W końcu stanęły przed drzwiami opieczętowanymi literą „M”.

— Tylko raz na sto lat ktoś może je otworzyć — szepnęła Dyrektorka. — Jeśli jesteś gotowa, zrób to teraz.

Lena spojrzała na złoty klucz, który nagle zaczął być ciepły, niemal pulsujący. Zza drzwi dobiegł ledwie słyszalny dźwięk, jakby coś po drugiej stronie właśnie otworzyło oczy.