Karol, Lena i Igor ruszają w Pamir, żeby odnaleźć trop zaginionego podróżnika Macieja Golasa. Stare znaki prowadzą ich wyżej, niż powinni się zapuszczać.
Niełatwo było wywalczyć zgodę na tę wyprawę. Siedemnastolatkowie nie powinni pakować się sami na drugi koniec świata, zwłaszcza tam, gdzie góry potrafią zamknąć drogę w ciągu kilku minut. Ale Karol, Lena i Igor mieli w rękach coś, czego ich rodzice nie potrafili zignorować: dziennik Macieja Golasa, podróżnika zaginionego dziesięć lat wcześniej, kupiony przypadkiem w zakurzonej księgarni antykwarycznej. Każda strona prowadziła ich dalej, a ostatni zapis brzmiał jak wyzwanie, nie ostrzeżenie.
Pamir przyjął ich chłodem, który wchodził pod kurtkę i zostawał w kościach. Niebo było zbyt wysokie, szczyty zbyt ciche, a wiatr niósł pył i coś jeszcze, trudnego do nazwania, jakby sama przestrzeń nie chciała tu obcych. Karol notował wszystko w zeszycie, choć ręce mu drżały z emocji bardziej niż z zimna. Lena robiła zdjęcia urywkom skalnych ścian i starych śladów, a Igor co chwilę oglądał się przez ramię, jakby spodziewał się, że ktoś ich śledzi.
Od poprzedniego dnia szli za rubinowymi znakami wykutymi w kamieniu. Były ledwie widoczne, ale układały się w rytm zbyt regularny, by mogły być przypadkiem. Dokładnie takie symbole Golas opisał na marginesie dziennika, z jednym dopiskiem: „Nie schodź z trasy, jeśli zobaczysz wejście”. Nikt z nich nie powiedział tego na głos, ale każde z nich myślało o tym samym: ktoś przed nimi dotarł tu naprawdę.
Drugiej nocy rozbili namiot na małej polanie wciśniętej między zbocza. Gwiazdy wisiały nisko i ostro, jakby można było je zdjąć z nieba. Karol długo nie zasypiał. Słyszał szelest materiału namiotu, oddechy przyjaciół i daleki, niewyraźny pomruk, który mógł być wiatrem albo czymś dużo gorszym. W dzienniku Golas pisał o miejscu, które „oddycha w ciemności”. Teraz Karol nie był już pewien, czy to tylko metafora.
O świcie Lena zerwała się pierwsza.
– Patrzcie. Tam.
Na stromej ścianie naprzeciw obozu, tam gdzie noc wcześniej nie było nic prócz skały, pojawił się otwór. Niewielki, nierówny, jak wejście do jaskini wykutej ludzką ręką. Kamienie zasłaniające prześwit wyglądały na rozsunęte zaledwie przed chwilą, a między nimi błysnęło coś czerwonego, jak kropla światła albo kamień o zbyt czystym połysku.
Igor już podnosił lornetkę. Lena sięgnęła po plecak. Karol zrobił krok naprzód i poczuł, jak serce uderza mu mocniej, kiedy z wnętrza góry dobiegł głuchy odgłos, niski i pusty, jakby coś tam czekało na ich wejście.