Cyrk Orion rozkłada się nad rzeką. Lena trafia za kulisy i odkrywa, że Namiot Zwierciadeł nie zachowuje się jak zwykła scena. Gdy gasną światła, ktoś woła jej imię z drugiej strony szkła.
Cyrk zajechał nad rzekę o świcie, kiedy mgła leżała jeszcze nisko nad bulwarem jak mokry, srebrny welon. Ciężarówki stukały po kostce, ludzie w odblaskowych kamizelkach rozwijali liny, wbijali pale i rozciągali wielkie płachty, z których powoli wyrastał namiot w niebiesko-złote pasy. W powietrzu mieszał się zapach wilgotnego trocinu, smaru, wosku do lin i cukru, który ktoś już zaczął prażyć na stoisku.
Lena stała na skraju placu z identyfikatorem wolontariusza zawieszonym na szyi. Palcami obracała plastikową plakietkę, jakby mogła w niej wyczuć odpowiedź na pytanie, którego nie odważyła się jeszcze zadać głośno. Miała czternaście lat i dokładnie tyle odwagi, ile trzeba, żeby przyjść sama, ale za mało, żeby przestać się bać.
Nie przyszła tu przypadkiem. Znalazła w domu stary, wyblakły plakat Cyrku Orion, schowany w pudełku na strychu. Na odwrocie ktoś ołówkiem narysował małą gwiazdę i strzałkę, jak wskazówkę do miejsca, którego nikt już nie szukał. Mama, gdy tylko Lena próbowała zapytać o plakat, natychmiast ucinała rozmowę. A potem dziś rano cyrk naprawdę stanął nad rzeką, dokładnie tam, gdzie plakat wydawał się ją prowadzić.
— Pomóż zamiast gapić się jak turysta — rzucił Maks, wciskając jej w dłonie róg ciężkiej skrzyni. Sam złapał drugi i skrzywił się, jakby to była kara wymyślona przez cały wszechświat. — To jest cyrk, nie reklama w internecie. Tu trzeba nosić.
Lena prychnęła cicho i ruszyła z nim przez plac. Maks nie znał cyrku tak jak ona, ale nadrabiał pewnością siebie. Lubił mówić, że wszystko da się wyjaśnić, jeśli ma się zasięg i cierpliwość. Tutaj jedno i drugie wyglądało na bezużyteczne.
Nagle zza ustawianych rusztowań wyszedł Pan Orion. Miał długi ciemny płaszcz, którego podszewka migała w słońcu jak nocne niebo, i cylinder z małym srebrnym grotem. Mówił głosem tak dźwięcznym, że nawet mewy na moment ucichły nad rzeką.
— Wolontariusze są dziś najważniejszym ogniwem tego przedstawienia — oznajmił, rozkładając ręce z teatralną powagą. — Ale są rzeczy, których nie ruszamy. Zwłaszcza tej skrzyni z gwiazdą.
Lena spojrzała tam, gdzie wskazał. Na ziemi stała długa, ciemna skrzynia z wypalonym symbolem pięcioramiennej gwiazdy wpisanej w okrąg. Drewno wyglądało, jakby było zimniejsze niż poranne powietrze. Gdy dziewczyna musnęła je dłonią, poczuła pod palcami drobne drżenie, prawie jak oddech.
— Pierwszy raz? — odezwał się głos nad jej ramieniem.
Róża, jedna z akrobatek, zeskoczyła z niskiej platformy tak lekko, jakby w ogóle nie dotknęła ziemi. Miała włosy spięte czerwoną wstążką i dłonie zabrudzone kalafonią.
— Trochę — przyznała Lena. — Tylko że ja...
— Potem. Najpierw pomożesz mi przy wstęgach. Orion szykuje Namiot Zwierciadeł i wszyscy chodzą jak po cienkim lodzie.
Lena od razu spojrzała w stronę mniejszej konstrukcji stojącej z boku placu. Była srebrzysta, metalowa, z wejściem zasłoniętym ciężką grafitową kurtyną. Powierzchnia ścian łapała światło i oddawała je chłodno, bez cienia miękkości. Nie wyglądała jak część cyrku. Bardziej jak coś, co przez pomyłkę przywieziono z innego miejsca.
Wspięła się z Różą pod kopułę głównego namiotu i zaczęła podawać linę, potem wstęgi, potem kolejne zaczepy. Nad nią materiał napinał się i falował, a światło przesuwane przez techników spływało po jedwabiu jak woda. Maks przy stole oświetleniowym przesuwał suwaki z miną eksperta, choć co chwilę zerkał w górę, jakby sam nie wierzył, że to wszystko naprawdę działa.
— Równo! Jeszcze odrobinę w lewo! — krzyknął ktoś z góry.
W tym samym czasie do Namiotu Zwierciadeł weszli Pan Orion, Dalia i dwóch techników niosących kolejne elementy konstrukcji. Lena nie powinna była patrzeć, ale patrzyła. Wszyscy zwolnili ruchy, jakby zbliżali się do czegoś, co mogło się obrazić.
— Zasada pierwsza: nie wchodzimy tu sami — powiedział Orion. — Zasada druga: nie dotykamy szkła bez potrzeby. Zasada trzecia: kurtyna zawsze pozostaje zamknięta, jeśli nikt nie występuje.
Lena zrobiła krok bliżej, udając, że szuka zgubionej śruby. W lustrze naprzeciw Dalii zobaczyła coś, co wytrąciło ją z rytmu. Odbicie poruszyło się odrobinę za późno. Tylko o ułamek sekundy, ale wystarczająco, żeby skóra na karku Leny napięła się jak struna.
— Odsunąć się — rzucił jeden z techników, nawet na nią nie patrząc.
Lena cofnęła się posłusznie, ale kiedy odwracała głowę, zauważyła coś jeszcze. W rogu Namiotu Zwierciadeł stała skrzynia z gwiazdą. Ta sama, którą widziała przed chwilą na placu. Albo łudząco podobna. Kurtyna opadła z cichym szelestem i zasłoniła wnętrze.
Do wieczora plac zmienił się nie do poznania. Pojawiły się ławki, barierki, girlandy żarówek i pudła z rekwizytami. Nad rzeką zapalono lampy, a w powietrzu unosił się już ten szczególny hałas przed spektaklem: śmiechy, szybkie kroki, szelest programów, pojedyncze okrzyki techników. Lena z Maxem sprzątali trociny spod pierwszych rzędów, a Róża co chwilę przemykała obok, jakby wcale nie dotykała ziemi.
— To twoja? — zapytała nagle, wskazując na małą gwiazdkę na łańcuszku, którą Lena nosiła na szyi.
— Z domu — odpowiedziała Lena i odruchowo schowała ją pod koszulkę. — Nie wiem, skąd się wzięła.
Róża zmrużyła oczy, jakby chciała coś powiedzieć, ale tylko się uśmiechnęła.
— W takim razie cyrk może mieć z tobą więcej wspólnego, niż myślisz.
Przed wejściem do namiotu zebrał się tłum. Dzieci ściskały baloniki, dorośli kupowali watę cukrową, ktoś śmiał się za głośno, ktoś inny nerwowo sprawdzał bilety. Nad wszystkimi krążyły reflektory, a muzyka z głośników podbijała napięcie, zamiast je rozładowywać.
Pan Orion pojawił się obok Leny tak nagle, że aż drgnęła.
— Taśma gaffer. Czarna. Na próg trzeciej ramy — powiedział krótko. — I szybko. Za pięć minut zaczynamy.
Lena chwyciła rolkę i latarkę. Przesunęła się między skrzyniami i weszła pod ciężką kurtynę Namiotu Zwierciadeł. W środku było chłodniej. Znacznie ciszej. Lustra stały w długim korytarzu, rozstawione tak, że odbijały siebie nawzajem bez końca. Jej latarka od razu rozszczepiła się na dziesiątki wąskich świateł.
— Tylko przykleić taśmę — szepnęła do siebie.
Przy trzeciej ramie rzeczywiście był wyszczerbiony próg. Lena przykucnęła, przyłożyła pierwszy pas taśmy i wtedy w jednej z tafli coś mignęło. Białe. Prawie ludzkie.
Podniosła głowę.
Jej odbicie patrzyło na nią zbyt uważnie. Za uważnie. Zawieszka na szyi odbicia wisiała po niewłaściwej stronie, jakby ktoś odwrócił świat o kilka centymetrów i uznał, że to wystarczy.
Telefon w tylnej kieszeni zawibrował tak gwałtownie, że Lena aż wciągnęła powietrze. Nieznany numer. Jedna wiadomość.
Nie wchodź do luster.
Zamarła. Nad namiotem przeszedł niski dźwięk syreny z rzeki, a potem werbel. Trzy uderzenia. Publiczność po drugiej stronie kurtyny ucichła na sekundę, jak przed skokiem.
Na szkłach zaczęła osiadać cienka mgła. W centrum najbliższego lustra pojawiły się litery, pisane powoli, jak palcem po zaparowanej szybie.
L E N A
Ktoś szepnął jej imię prosto z tafli, z miejsca, w którym nie powinno być nikogo. Lena odruchowo cofnęła się o krok, ale za plecami usłyszała cichy szelest kurtyny. Jakby coś albo ktoś próbowało wejść do środka z drugiej strony.
Reflektory na zewnątrz rozbłysły. Fanfara przebiła powietrze. Pan Orion za chwilę miał podnieść kurtynę głównego namiotu.
Lena położyła dłoń na zimnym szkle i poczuła, że druga strona odpowiada tym samym ruchem.
— Widzimy się teraz? — odezwał się szept tuż przy jej uchu.