Antek, Julia, Igor i Lena trafiają do pierwszego hotelu na orbicie Ziemi, gdzie grawitacja kaprysi, ściany miękną jak ciasto, a noc zaczyna się od bardzo podejrzanego ekspresu do kawy.
Było już późno, kiedy Antek, Julia, Igor i Lena przeszli przez szklane drzwi hotelu „Asteroida” i wpadli do środka jak do dobrze sfilmowanego snu. Tydzień wcześniej wygrali wejściówki w telewizyjnym quizie „Kosmiczna Rozgrywka”, a teraz stali na orbicie Ziemi, z walizkami pod nogami i minami ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli zdecydować, czy to dalej jest zabawne, czy już powinno być niepokojące.
Korytarz ciągnął się przed nimi nierealnie długo. Światła na suficie pulsowały bladym błękitem, a podłoga drżała tak lekko, jakby sam hotel miał ochotę się otrząsnąć. Julia zrobiła krok, po czym na moment oderwała się od ziemi i zawisła kilka centymetrów nad posadzką.
Przy recepcji czekał robot o imieniu Gucio. Miał łagodny głos, metaliczny wąs i minę kogoś, kto przepraszał za rzeczy, na które nie miał najmniejszego wpływu.
Jak na potwierdzenie tych słów Igorowi wysunęły się z walizki skarpetki w marsjańskie kurczaki, które rozproszyły się po podłodze niczym małe, bezwstydne pioruny. Gucio wręczył im klucze-hologramy i, z wyraźnym wysiłkiem, podrapał się w miejscu, gdzie u człowieka byłby uchem.
Wjechali kapsułą na górę w ciszy przerywanej tylko cichym brzęczeniem mechanizmów i przyspieszonym oddechem Leny, która próbowała udawać, że dokładnie tak wyobrażała sobie luksusowy pobyt na orbicie. Na czwartym piętrze było ciemniej, ciszej i jakoś zbyt miękko. Zza jednej ze ścian dobiegały dziwne odgłosy: jakby ktoś odkurzał bawoła albo uczył żółwia stepować do rytmu alarmu przeciwpożarowego.
Ale Igor zatrzymał się nagle, przykładając dłoń do ściany po lewej.
Faktycznie. Powierzchnia była miękka, ciepła i lekko uginała się pod palcami, jak świeżo upieczone ciasto.
Antek spojrzał na nią z mieszaniną zachwytu i fatalnego pomysłu w oczach.
Pchnął mocniej.
Ściana ustąpiła bez oporu, a cała czwórka, zamiast do swojego pokoju, wpadła do tajemniczego pomieszczenia skąpanego w fioletowym świetle. Pośrodku stał ogromny, wirujący ekspres do kawy. Wokół niego kręcił się tuzin żółtych chomików w cylindrach, każdy z miną członka bardzo niebezpiecznego stowarzyszenia.
Jeden z nich podjechał do nich na maleńkim monocyklu, zatrzymał się z piskiem i spojrzał na nich z wyraźnym oburzeniem.
W tej samej chwili ekspres zabulgotał tak głośno, że Lena aż cofnęła się o krok. Z wnętrza maszyny dobiegł przeciągły, metaliczny jęk, a z sufitu zaczęły sypać się brokatowe ziarenka kawy...