Trójka przyjaciół trafia do szkolnej pracowni na Dzień Szalonego Doświadczenia. Jeden kapelusz, kilka płynów i odrobina pecha wystarczą, by pojawił się bardzo osobliwy gość.
W poniedziałek o ósmej rano szkolna pracownia nauk przyrodniczych wyglądała jak miejsce, w którym coś zaraz wybuchnie albo przynajmniej się przyklei. Na półkach stały słoiki z etykietami wyblakłymi jak stare skarpetki, w kącie pachniało farbą, kredą i czymś, co zdecydowanie nie powinno pachnieć w sali lekcyjnej.
Maks, Ida i Bartek weszli ostrożnie, bo pani Wiesia już od progu oznajmiła, że dziś jest Dzień Szalonego Doświadczenia.
Koniec roku szkolnego zawsze miał swoje zasady, a ta należała do najdziwniejszych. Każdy miał przynieść coś z domu i spróbować stworzyć eksperyment, który zaskoczy nawet panią Wiesię. Maks przytaszczył zestaw do robienia glutów, Ida trzymała pod pachą kapelusz swojego pradziadka, podobno wyjątkowo szczęśliwy, a Bartek niósł plastikowego flaminga znalezionego przed szkołą w krzakach. Twierdził, że to trofeum.
To ma być nauka? - spytał Bartek, stawiając flaminga na stole.
W naszej klasie wszystko ma szansę nią zostać - odparła Ida i z namaszczeniem postawiła kapelusz obok probówek.
Maks zaczął mieszać kolorowe płyny. Najpierw syknęło, potem zabulgotało, a po chwili cała zlewka przypominała coś między lemoniadą a rozwścieczoną galaretką. Ida dla żartu nałożyła kapelusz na stojącą probówkę.
Bartek chciał w tym samym momencie pokazać, jak trzeba dmuchać przez pipetę, ale zamiast tego wciągnął odrobinę żółtego płynu nosem. Kichnął tak potężnie, że flaming poleciał na podłogę jak różowy pocisk.
I wtedy coś chrupnęło, zamieszało się i wystrzeliło w górę.
Z lepkiej masy, kapelusza i kawałka śniadaniowej kanapki Bartka, która w ferworze walki z pudełkiem wpadła do kolby, wyłoniła się istota z jedynym dużym okiem, krzywo przekrzywionym kapeluszem i plastikowym flamingiem zamiast ręki. Przez sekundę wszyscy milczeli.
Pani Wiesia upuściła marker.
Maks parsknął śmiechem, Ida zakryła usta dłonią, a Bartek odsunął się tak szybko, że uderzył plecami w blat. Golem zeskoczył ze stołu, zostawiając na podłodze śliskie ślady, i ruszył przez salę z miną kogoś, kto chyba sam nie wie, jak się tu znalazł. Co chwilę coś z niego odpadało, a czasem nawet kawałek ogórka.
Nagle przystanął. Schylił się, zaszurał kapeluszem po podłodze i wyciągnął z niego coś maleńkiego. To nie był listek ani guzik. To była złożona w miniaturowy trójkąt mapa.
Golem zamruczał z zadowoleniem, a papier zadrżał mu w błotnistych palcach.
Maks, Ida i Bartek spojrzeli po sobie jak na komendę.
Wtedy golem popchnął ciężkie drzwi starego magazynku pod pracownią. Z ciemności doleciał ich szelest, brzęk i cichy, przeciągły dźwięk, który brzmiał zdecydowanie nie jak szkolny schowek.