W środku nocy Lena i Igor odkrywają ukryty pod starym murem ogród luster, w którym odbicia żyją własnym życiem, a światło prowadzi ich w coraz głębszą pułapkę.
Noc była lepka od upału, a Wiśniowa tonęła w ciszy tak gęstej, jakby całe miasto wstrzymało oddech. Na starym podwórzu, za kamienicą z odpadającym tynkiem, spotkali się Lena i Igor. Oboje mieli ten sam nawyk: kiedy inni wracali do domu, oni dopiero zaczynali szukać odpowiedzi.
Lena trzymała pod pachą notatnik, poplamiony deszczem i pełen urywanych snów, szkiców oraz zdań zapisanych w półmroku. Igor niósł w kieszeniach drobne części i sprężynki, jakby nawet najzwyklejsza śruba mogła okazać się kluczem do czegoś większego. Tego wieczoru przyszli tu nie po to, by sprawdzić plotkę. Przyszli, bo mur przy końcu podwórza od trzech dni pulsował bladym światłem.
Był stary, spękany, porośnięty wilgotnym bluszczem. Lena położyła dłoń na chłodnych cegłach i poczuła pod palcami ledwie wyczuwalne drgnienie, jakby ściana oddychała. Jedna z cegieł ustąpiła z suchym kliknięciem. Potem druga. Wąska szczelina rozwarła się bez ostrzeżenia, a z ciemności wypłynął zapach mokrej ziemi i czegoś jeszcze - metalicznego, ostrego, nienazwanego.
Schody prowadziły w dół.
Spojrzeli na siebie tylko raz. Igor zmarszczył brwi, jak zawsze wtedy, gdy rzeczywistość odmawiała współpracy. Lena nie powiedziała nic. Weszli.
Na dole czekał ogród, który nie powinien istnieć. Srebrzyste trawy falowały bez wiatru, a wąskie ścieżki z fosforyzujących kamieni prowadziły między rzędami wysokich luster. Ich powierzchnie nie odbijały świata tak, jak powinny. W jednych Lena widziała siebie starszą o kilka lat, w innych obcą dziewczynę o zielonych włosach. Igor dostrzegł starca z parasolem w kształcie sowy, a potem kota w czarnym fraku, który siedział nieruchomo i patrzył prosto na nich, jakby czekał.
Lena podeszła bliżej jednego z luster. Jej odbicie uniosło dłoń sekundę przed nią, a potem uśmiechnęło się zbyt pewnie, zbyt świadomie. Zrobiło krok w głąb tafli i przywołało ją jednym ruchem palców.
Igor odruchowo chwycił ją za ramię.
W tej samej chwili niebo nad ogrodem zmieniło barwę. Czerń spłynęła w granat, granat w zielonkawy połysk, a z daleka dobiegł ich cichy śmiech, jakby ktoś bawił się tuż za kolejnym rzędem luster. Jedno z nich zadrżało. Potem drugie. Po taflach przebiegły świetlne pęknięcia, cienkie jak pajęcze nitki, i zaczęły oplatać powietrze między nimi.
Lena wyciągnęła rękę, zanim Igor zdążył ją powstrzymać.
Wtedy grunt lekko się przechylił, a zza najbliższego lustra dobiegł ich głos, tak znajomy, że oboje zastygli w bezruchu.