Nad Warszawą pojawiają się błękitne chmury, a czworo nastolatków odkrywa w sobie niezwykłe moce. Gdy zaczynają rozumieć, że nie są sami, ktoś puka do ich kryjówki.
Od kilku tygodni nad Warszawą wisiały chmury, które nie zachowywały się jak zwykłe chmury. Pulsowały bladym, niebieskim światłem, jakby ktoś ukrył w nich ogromny neon. Wieczorami odbijały się w szybach bloków i w kałużach na chodnikach, a w wiadomościach ciągle powtarzano to samo: burze magnetyczne, rzadkie zjawisko, nic groźnego. Kuba nie wierzył w ani jedno z tych spokojnych wyjaśnień.
Od kiedy pojawiły się nad miastem, wszystko zaczęło się rozjeżdżać. Najpierw drobiazgi. Potem coraz dziwniejsze rzeczy. I nie tylko u niego.
Lena po raz pierwszy zauważyła to w parku. Zdjęła czapkę, rzuciła ją na ławkę i odwróciła się do niego tylko na sekundę. Gdy spojrzała z powrotem, czapka leżała na jej głowie, jakby sama znalazła drogę. Lena zamarła, potem wzruszyła ramionami i udawała, że nic się nie stało. Kuba widział jednak, że nawet nie drgnęła ręką.
U niego zaczęło się w szkole. Zgubił telefon, a po chwili poczuł to dziwne, irytujące mrowienie pod skórą, jakby coś ciągnęło go w stronę szafki przy sali od biologii. Telefon leżał właśnie tam, między starym planem lekcji a kartką z zadaniem domowym. Później takie momenty powtarzały się coraz częściej. Kuba potrafił wyczuć, gdzie znajduje się jakiś przedmiot. Czasem nawet wiedział, że ktoś stoi za drzwiami, zanim usłyszał kroki.
W końcu powiedział o tym Lenie. Ona też się przyznała. Potem dołączyli Szymon i Basia, każde z inną dziwną zmianą, z tym samym lękiem w oczach. W piątek wieczorem spotkali się w opuszczonym budynku starej szkoły na obrzeżach centrum, z dala od ulic i osiedlowego hałasu. Kurz osiadał na ławkach, z wybitych okien ciągnęło chłodem, a w pustych korytarzach każde słowo brzmiało zbyt głośno.
Basia mówiła pierwsza. Widziała wokół ludzi kolory, których nikt inny nie zauważał. Przy Lence wszystko mieniło się ostrym, drżącym światłem. Przy Kubie barwy gasły, jakby coś go zasłaniało. Szymon słuchał długo, zanim odezwał się cicho:
Nikt nie zaśmiał się z tego. W tej samej chwili wszyscy zrozumieli, że to nie były przypadki. Coś naprawdę się z nimi stało.
Kuba miał już odpowiedzieć, kiedy gdzieś na dole rozległ się trzask tłuczonego szkła. Wszyscy znieruchomieli. Przez zasnute kurzem okno przemknął cień, szybki i zbyt wysoki, żeby należeć do kota albo bezdomnego psa. Lena odsunęła się od ściany, Basia wstrzymała oddech, a Szymon powoli podniósł głowę, jakby nasłuchiwał czegoś jeszcze.
Potem z korytarza dobiegł niski głos:
Drzwi do klasy skrzypnęły i zaczęły się otwierać.