Mały pingwin Piko marzy o wielkim cyrku. Gdy do lodowej krainy przybywa prawdziwy namiot pełen świateł, chłopiec rusza za swoim marzeniem prosto w tajemnicę.
Pewnego dnia, w śnieżnobiałej krainie, gdzie pingwiny zjeżdżały z lodowych górek i ślizgały się po zamarzniętych taflach, mały pingwin Piko siedział cicho pod błękitnym niebem. Patrzył w dal na balon, który powoli znikał za chmurami, i myślał o czymś wielkim: o cyrku. O jasnych światłach, muzyce i głośnych brawach.
Piko chciał kiedyś stanąć w samym środku areny i zachwycić wszystkich swoim numerem. Dlatego, kiedy inne pingwiny spały już w swoich lodowych grotach, on ćwiczył. Przewracał się, podskakiwał, próbował kręcić piruety i nawet chodzić na rękach. Nie zawsze wychodziło, ale Piko próbował z całych sił.
Aż pewnego dnia, gdy znów ćwiczył na śniegu, usłyszał w oddali trąbki. Cichy dźwięk niósł się po lodowym polu, odbijał się od sopli i brzmiał coraz wyraźniej. Piko zatrzymał się, nastawił uszu i ruszył za nim przez zaspy.
Za białym pagórkiem zobaczył coś, co aż zaparło mu dech. Na skraju lodowej krainy stał prawdziwy cyrk. Kolorowe flagi trzepotały na wietrze, lampki mrugały jak gwiazdki, a z wielkiego namiotu dobiegała muzyka. Piko aż przycisnął łapki do piersi.
To była jego szansa.
Serce zabiło mu szybciej. Wokół krzątały się cienie w kolorowych strojach, ktoś niósł błyszczące obręcze, ktoś inny rozwijał długi czerwony dywan. Piko wiedział, że musi tam wejść. Musi pokazać, co potrafi. Tylko jak mały pingwin ma dostać się do środka wielkiego cyrku?
Rozejrzał się, a potem wskoczył do jednego z przybyłych pojazdów, przykrytego śniegiem jak puchatą kołdrą. Schował się cichutko i wstrzymał oddech. Koła ruszyły. Piko jechał prosto w stronę serca cyrku, a kiedy już miał wyskoczyć ze swojego ukrycia, usłyszał tuż obok siebie coś, co sprawiło, że zamarł...