Pan Ludwik szuka swoich skarpetek, ale w jego domu ktoś zostawia dziwne ślady i robi z porządku niezły bałagan.
Pan Ludwik był bardzo porządnym panem. Każdego ranka jadł owsiankę, czesał wąsy i wkładał świeże skarpetki. Jedne miał w groszki, drugie w paseczki, a wszystkie leżały równo w szufladzie. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Tego ranka otworzył szufladę i zamarł.
W środku była tylko pusta, cicha przestrzeń.
„Och nie!” zawołał Pan Ludwik. „Moje skarpetki!”
Nachylił się, zajrzał pod łóżko, pod krzesło i nawet do kapcia Filemona, który od razu odsunął łapę z miną niewinną jak budyń.
Na podłodze Pan Ludwik zobaczył jednak coś jeszcze dziwniejszego. Małe, kolorowe ślady stópek. Jakby ktoś bardzo wesół dreptał po całym domu w jego skarpetkach.
Ślady prowadziły przez salon, hop na kanapę, mignęły obok Filemona i urwały się przy drzwiach łazienki.
Pan Ludwik wyprostował kapelusz, wziął lupę i ostrożnie nacisnął klamkę. Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem, a zza nich dobiegło ciche: puf, puf, puf...
W łazience coś się poruszyło.