W bloku na obrzeżach miasta Franek i trójka przyjaciół odkrywają, że ich dziwne zdolności nie są przypadkiem. Kiedy ktoś puka do świetlicy, robi się naprawdę groźnie.
Mieszkanie w wieżowcu nigdy nie powinno być początkiem niczego wielkiego. A jednak na czternastym piętrze bloku przy Złotej 17 coś zaczęło pękać w zwykłym rytmie dni, jakby pod szarym tynkiem drżało coś, czego nikt nie chciał zauważyć.
Franek siedział przy biurku nad fizyką i wpatrywał się w zadanie tak długo, aż litery zaczęły mu tańczyć przed oczami. Wtedy poczuł znajome mrowienie w palcach. Długopis, oparty o kartkę, drgnął, uniósł się ledwie na kilka centymetrów i zawisł w powietrzu. Franek zamarł. Przez ułamek sekundy pomyślał, że zasnął nad zeszytem i śni na jawie. Ale długopis opadł z suchym stuknięciem, a z progu dobiegł cichy śmiech.
Anka stała w drzwiach, oparta o framugę, z tym swoim spojrzeniem, które zawsze wyglądało, jakby już wiedziała więcej niż inni. Jasnoniebieskie włosy miała rozczochrane od wiatru, a na ustach cień irytującego, pewnego siebie uśmiechu.
– Też to widziałeś? – zapytała.
Franek tylko skinął głową. Serce waliło mu zbyt mocno, żeby zdobyć się na żart. Anka przestała się uśmiechać.
– Od kilku dni dzieją się ze mną dziwne rzeczy – powiedziała ciszej. – Czasem wiem, co ktoś za chwilę powie. Nie tak, że zgaduję. Po prostu... słyszę to wcześniej.
Franek chciał odpowiedzieć, ale w korytarzu huknęły czyjeś kroki, a z sąsiedniego mieszkania dobiegł trzask zamykanych drzwi. W bloku panowała zwykła, duszna cisza, ta sama co zawsze, tylko teraz brzmiała jakoś obco.
Następnego dnia, w opuszczonej świetlicy na końcu szkolnego korytarza, znaleźli się we czwórkę. Miłosz przyszedł ostatni, z obdrapanym knykciem, który wyglądał, jakby powinien boleć bardziej niż naprawdę bolał. Ewa siedziała już przy stole, z telefonem rozłożonym na części, jakby sprawdzała, czy sam nie zacznie jej tłumaczyć, co się z nim dzieje.
– Nie jest normalne, że bateria leży martwa, a on i tak działa – powiedziała, nawet nie podnosząc wzroku.
Miłosz prychnął.
– A nie jest normalne, że wczoraj się przewróciłem i po pięciu minutach nie było po tym śladu.
Zapadła cisza. Każde z nich miało w sobie coś, czego jeszcze wczoraj nie potrafiłoby nazwać. Franek czuł to jak ciężar pod skórą. Anka bawiła się końcówką bluzy, jakby próbowała ukryć napięcie. Ewa spojrzała na nich w końcu znad telefonu, a jej twarz stężała.
Za oknem zebrały się czarne chmury. Nad blokami przetoczył się grzmot, tak bliski, że szyby w świetlicy zadrżały. I właśnie wtedy ktoś zapukał do drzwi.
Nie ostrożnie. Nie niepewnie.
Twardo. Trzy razy.
Światło zamigotało, a w wąskiej szybie pojawił się cień wysokiej postaci stojącej na korytarzu. Franek poczuł, jak mrowienie wraca mu do dłoni, tylko tym razem było mocniejsze, niemal bolesne. Anka odwróciła głowę w stronę drzwi, jakby już znała następne słowa, choć jeszcze nikt ich nie wypowiedział.
Ktoś po drugiej stronie delikatnie nacisnął klamkę.