Niewidzialni Strażnicy Nocy

W podziemiach Starego Miasta Zofia, Igor i Lena trafiają na znak, który budzi w nich niezwykłe moce. W ciemności coś ich od dawna obserwuje.

O północy Stare Miasto oddychało inaczej. Kamienie na rynku były zimne, okna czarne, a zegar ratusza wybijał godziny tak głucho, jakby ktoś uderzał w metal pod wodą. Właśnie wtedy spod bramy pod ratuszem wypłynęła srebrzysta mgła, cienka i chłodna jak oddech kogoś ukrytego w murach.

Zofia, Igor i Lena przeciskali się przez wąskie uliczki, trzymając latarki nisko, żeby nie zdradzić się przed nikim. Od tygodni polowali na legendę o podziemnych korytarzach, ale teraz śmiech grzązł im w gardłach. Wejście, które znaleźli, nie wyglądało jak zwykły właz. Kamienna płyta pod ratuszem była pęknięta, a szczelina pod nią pulsowała bladym światłem.

Schodzili coraz głębiej, aż miasto nad nimi przestało istnieć. Korytarze rozchodziły się w ciemność jak żyły w ciele olbrzyma. Pachniało wilgocią, rdzą i starym kurzem. Gdzieś daleko kapała woda, a echo ich kroków wracało spóźnione, obce, jakby podążał za nimi ktoś jeszcze.

Pierwsza zatrzymała się Zofia. Na ceglanej ścianie biegły znaki wyryte w głąb muru, zbyt regularne, by mogły być przypadkiem. Lena podniosła telefon, a kiedy ekran rozlał po korytarzu zimne światło, runy odpowiedziały krótkim błyskiem. Igor wyciągnął rękę, bardziej z ciekawości niż z odwagi, i dotknął jednego z symboli.

Najpierw przeszło przez niego mrowienie. Potem całe ciało napięło się jak struna. Powietrze zgęstniało, świat zwolnił, a dźwięki odsunęły się gdzieś daleko. Zofia spojrzała na własne dłonie i cofnęła je gwałtownie, bo pod skórą zapaliły się świetliste linie, dokładnie takie same jak na ścianie. Mogła dostrzec więcej, niż powinna, jakby cegły stały się przezroczyste. Igor uniósł się nad ziemię o kilka centymetrów, zaskoczony własnym ciężarem, a może raczej jego brakiem.

Lena chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła. Z ciemności po drugiej stronie korytarza dobiegł miękki szelest. Nie był to wiatr ani woda. Ktoś stał bardzo blisko, tylko po drugiej stronie mroku. Światło latarki zadrżało, potem przygasło, jakby cień pożerał je po kolei. I wtedy odezwał się głos, niski, spokojny i zbyt pewny siebie, by należeć do kogoś przypadkowego:

– W końcu przyszliście.